Krew świętego Januarego

Text_2

Krew świętego Januarego Sandora Maraiego (Czytelnik) ukazała się w Polsce ponad dziesięć lat temu, ale to ciągle jedna z najważniejszych książek o emigracji, samotności, codziennej tragedii a także o cudach, które zawsze niespodziewanie się powtarzają, w które nikt wierzy ale na które wszyscy czekają. O słynnej powieści pisze Piotr Kępiński.

Ta powieść jest w istocie przypowieścią, w której akcja i losy pojedynczych bohaterów nie są aż tak istotne. Ważniejszy zdaje się być bohater zbiorowy, jakim jest emigracja, pojęta w sensie bardzo szerokim. 

Skończyła się właśnie druga wojna. Zapadła żelazna kurtyna, która podzieliła Europę. Do Posillipo, od 1925 roku dzielnicy Neapolu, zaczynają przyjeżdżać uchodźcy z różnych stron tej części Starego Kontynentu, którą nazywa się we Włoszech do tej pory zresztą Europą Wschodnią. Ta nazwa stanie się z czasem synonimem  Europy gorszej, dzikiej, barbarzyńskiej i nieobliczalnej. Bliskiej a jednocześnie dalekiej.

Uchodźcy zmieniają życie biednych mieszkańców Posillipo – rybaków, szewców, straganiarzy. Ci ludzie zaczynają patrzeć na swoje życie poprzez ich problemy, dostrzegając, że również oni i ich rodziny naznaczone są bardzo podobnymi historiami. Wielu z nich kiedyś emigrowało i powróciło, nie mówiąc już o tym, że większość kuzynów czy wujów wybrało przed laty Amerykę czy Australię. 

Teraz patrzą na obcych, którzy przywożą ze sobą mało potrzebne rzeczy, do których byli przywiązani. Widzą świat na walizkach i w walizkach. Widzą smutek i ruch. Codziennie obserwują zmagania, które czasami wydają się absurdalne, jak na przykład „boje” uchodźców o poprawny zapis nazwisk w dokumentach. Policjanci, którzy są najbliżej przybyszów mówią między sobą: oni bez swoich akcentów tracą tożsamość. 

Ale bynajmniej nie ironizują. Przeciwnie, starają się rozumieć. Przypominają sobie pewnego Czecha, który dostał histerii widząc nowy zapis nazwiska. Przypominają sobie Polskiego Żyda, który mając poprawny dokument, mając już bilet na statek do Palestyny, wypłynął łódką w morze i popełnił samobójstwo.

Akcję książki spinają losy pewnej niemłodej pary, która wybierała się na emigrację do Ameryki i Australii. 

Pewnego dnia policjanci znajdują zwłoki mężczyzny. Wiele wskazuje na to, że było to nieszczęśliwy wypadek. Niewykluczone, że samobójstwo. Zaczyna się powolne śledztwo z którego wyniknie, że do śmierci na życzenie mężczyzny przyczyniła się jego towarzyszka. Dlaczego? 

To pytanie będzie towarzyszyło całej opowieści. O odpowiedź będzie bardziej uniwersalna aniżeli sam przypadek. 

Sandor Marai, pisarz węgierski, do 1952 r. mieszka we Włoszech, potem przenosi się do USA – gdzie w Nowym Jorku, pracuje w Radiu Wolna Europa. Autor m.in. Dziennika. 

Będąc na emeryturze Marai wraca do Włoch i zamieszkuje w Sorrento. W roku 1980 wraca jednak do Stanów Zjednoczonych. Mieszka w San Diego. 

22 lutego w 1989 pisarz popełnił samobójstwo, odbierając sobie życie strzałem z pistoletu.

Powiązane wpisy

Udostępnij