Florencja. Możliwość upadku

Text_2

 

Piotr Kępiński o  „Historiach florenckich” Ewy Bieńkowskiej

We Florencji zostało ponownie otwarte i udostępnione zwiedzającym historyczne przejście między Palazzo Vecchio a Galerią Uffizi. „To historyczne wydarzenie” – mówił minister kultury Włoch Dario Franceschini. O Korytarzu Vasariego, powodzi i wojnie a przede wszystkim o książce Ewy Bieńkowskiej – Historie florenckie (ZL) pisze Piotr Kępiński. 

Adolf Hitler odwiedził Florencję po raz pierwszy oficjalnie w roku 1938 i wrócił do Berlina zachwycony. Dziesiątki tysięcy mieszkańców (podobnie jak wcześniej w Neapolu i w Rzymie) skandowało jego imię, na trasie przejazdu z dworca kolejowego Santa Maria Novella do centrum powiewały majestatyczne swastyki, ulice lśniły czystością, włoscy oficjele gięli się w ukłonach. W ciągu trzydziestu minut – jak pisał Robert M. Edsel w swojej fascynującej książce „Na ratunek Italii” (WAB, 2013) – Fuehrer zobaczył całe miasto. Potem przyszedł czas na zwiedzanie pałacu Pitti i Galerii Uffizi. Gospodarz wizyty – Benito Mussolini podobno czuł się znudzony „wycieczką”, szeptał do swoich urzędników, że to strata czasu ale Hitler przystawał przed każdym obrazem i z zainteresowaniem słuchał objaśnień przewodników.

Niemniej jednak, jak twierdzi Edsel, nazistowskiemu przywódcy spodobał się najbardziej Ponte Vecchio, Korytarz Vasariego (łączący pałac Pitti z Uffizi, gdzie zgromadzonych zostało około tysiąc cennych obrazów) i panorama miasta widziana z okolicznych wzgórz.

Miłość do Italii, już po wizycie, utwierdzał w Hitlerze sam Duce, który bez zbędnych ceregieli wysyłał mu co jakiś czas (za symboliczne kwoty) cenne podarunki: w ten sposób do Rzeszy powędrował Lancelotti Discobolus, Memling, Rubens…

I zdaje się, że nawet wtedy kiedy wojska alianckie wylądowały w 1943 roku na Sycylii, a władza Mussoliniego praktycznie przestała istnieć, Hitler na Włochy się nie obraził. W przeciwieństwie do pożogi jaką siał w Europie Środkowej i Wschodniej, tutaj bardzo uważał. Pisał do swojego ambasadora w Rzymie: „Florencja jest zbyt pięknym miastem, by je zniszczyć. Zrób co w twojej mocy, by je ochronić: masz moje pozwolenie i wsparcie.”

Ewa Bieńkowska w swoich arcyciekawych „Historiach florenckich” skupiając się na słynnej powodzi z roku 1966, która omal nie zmiotła z powierzchni perłę europejskiej architektury, epizodowi z drugiej wojny światowej również poświęciła znaczący fragment: „Do miasta zbliżały się oddziały alianckie i Niemcy byli na z góry straconych pozycjach. Wprawdzie spadło kilka bomb, ale Florencja została oszczędzona. Przed wycofaniem się dowódca otrzymał z Berlina rozkaz wysadzenia w powietrze mostów, by opóźnić pościg. Zabierano się do zakładania ładunków wybuchowych, gdy przyszło uzupełnienie: wysa- dzone mają być wszystkie przeprawy z wyjątkiem Ponte Vecchio. Florentyńczycy, którzy pozostali, aby czuwać nad losami miasta, komentowali: „Przypływ germańskiego sentymentalizmu? Czar zdjęć i obrazków przywożonych z podróży przez przykładnych turystów? Ale jakie szczęście…”.

Nie było to jednak tylko i wyłącznie szczęście. Ta część Europy miała zostać nietknięta albowiem Niemcy potrzebowali „estetycznej i wiernej prowincji”. Hitler doskonale pamiętał oklaski i zachwycony krzyk Florentyńczyków. Jeszcze wierzył w triumfalny powrót. Brytyjczycy, paradoksalnie, dziedzictwo kultury europejskiej mieli w nosie: ich bomby kaleczyły Turyn, Mediolan a później także Monte Cassino – co wielu Włochów, do dzisiaj, uważa za błąd i barbarzyństwo, twierdząc, że można było uniknąć zniszczenia klasztoru.

Aczkolwiek, i to trzeba podkreślić, tak było na początku włoskiej kampanii. Potem Amerykanie, wspólnie z włoskimi naukowcami, starali się ratować najcenniejsze skarby kultury.

Inna sprawa, że Florencja straciła jednak w wyniku bombardowań  Ponte Santa Trinita, via Maggio zasłana była trupami i gruzami. A Bernard Berenson (jeden z „bohaterów” książki Bieńkowskiej), który mieszkał w willi położonej za miastem pisał, że na jego oczach dział się „Neronowy spektakl”: „Wydawało się, że ogromna eksplozja wybuchła w środku Florencji.” Niewiele brakowało, żeby perła przestała istnieć.

Ewa Bieńkowska w swojej intelektualnej opowieści o mieście, jego historii i sztuce a także o postaciach z Florencją związanych akcentuje to co wypływa z przytoczonych historii. O tym, że to miasto istnieje do dzisiaj, zdecydowało – czasami szczęście, niekiedy wyrachowanie, zawsze – troska, i nieważne jest to, że czasami była to troska barbarzyńców. Florencja była arką, czy to w morzu ognia, czy to w morzach powodzi albowiem ta z roku 1966, nie była, rzecz jasna, jedyną.

Niemniej jednak ten ostatni kataklizm pamięta się we Włoszech do dzisiaj. A ratowanie słynnego Krucyfiksu Cimabuego (który został zalany wodą) urosło w latach sześćdziesiątych do rangi symbolu. Napisała Bieńkowska: „[Krucyfiks] będzie się suszył latami, a komunikaty o stopniu zawilgocenia będą regularnie ogłaszane urbi et or- bi. Do stanu sprzed listopada 1966 dojdzie po dziewięciu latach. Wtedy zacznie się właściwe restaurowanie, uznane za jedno z najbardziej skomplikowanych w dziejach sztuki”.

Italia ocalała w ten sposób siebie i swoją pamięć. I w tym ocalaniu brali udział wszyscy: łożąc skromne nawet datki, oglądając wiadomości w telewizji, czy też zwyczajnie dyskutując na ten temat w kawiarni. Franco Zeffirelli nakręcił o tych wydarzeniach głośny film dokumentalny, narratorem obrazu został Richard Burton.

O Florencji, po kilku miesiącach zaczął mówić cały świat. A Frederic Hartt, ten który ratował zabytki miasta podczas kampanii włoskiej, także w roku 1966 brał udział w akcji ratowniczej.

Miasto zostało uratowane przez zbiorowość, nie tylko włoską ale także międzynarodową.

Czytając „Historie florenckie” zadawałem sobie jednak pytanie, czy gdyby Czerniowce, w których urodził się Paul Celan zalał Prut, cały świat również pospieszyłby miastu na ratunek? Odpowiedź na to pytanie, tylko pozornie, jest oczywista. Jeszcze dwadzieścia lat temu – powiedziałbym zdecydowane: nie.

Czy dzisiaj byłoby tak samo, nie mam już tej pewności a raczej pół-pewność, że skarby Europy Wschodniej nie zostałyby zostawione na pastwę losu. Albowiem, chociaż wszystko na Starym Kontynencie wywodzi się z Florencji, Wenecji, Rzymu i Aten, to jednak to co na peryferiach, zaczyna także wchodzić (powoli i z mozołem) w europejski krwiobieg (intelektualny, rzecz jasna) również dzięki dramatycznym dziejom Florencji.

W ogóle, jesteśmy dzisiaj chyba bardziej wyczuleni nie tylko na losy arcydzieł centralnych ale także tych pomniejszych. Pamiętamy o korzeniach ale i o „korzonkach”. O czym może świadczyć chociażby idea „europejskich stolic kultury”, która z roku na rok zyskuje na znaczeniu i staje się symbolem zbiorowego myślenia o arcydziełach.

Do ideału, naturalnie, ciągle daleko. Ale nigdy, chyba nie było tak dobrze. Kto wie? Może również za sprawą „Księcia” Machiavellego, wielkiego Florentyńczyka, którego dzieło zrazu zostało opacznie zinterpretowane przez współczesnych a które  kongenialnie rozszyfrował  Isiah Berlin „oddając myślicielowi godność prawdziwego humanisty”. To właśnie Machiavelli akcentował, najwyraźniej jak tylko mógł, że nie żyjemy w monadzie i tylko myślenie pragmatyczno – wspólnotowe pozwoli przetrwać nam i naszej kulturze.

„Machiavelli – jak chce Bieńkowska – przesunął skalę wartości w stronę społeczności starożytnych, ku Sparcie, Atenom, ku wczesnej republice rzymskiej. Nie znały one indywidualizmu, naczelnym dążeniem było utrzymanie rzeczy pospolitej. Te godne podziwu twory zbiorowe nie przetrwały, lecz pozostawiły po sobie hierarchię celów, do której musi dążyć pod groźbą samozniszczenia każdy organizm państwowy: salus rei publicae suprema lex esto. To lekcja starożytnych, którą chrześcijaństwo zaciemniło; nic w tym dziwnego, jeśli było nastawione na szybki koniec świata i na jednostkowe zbawienie”.

Każdy rozdział tej książki to niezwykłe odkrycie. Każda obserwacja Bieńkowskiej nosi znamiona objawienia. A Florencja według niej to forma istnienia.

Tak zresztą o tym mieście mówią jego mieszkańcy akcentując centralne położenie Florencji nie tylko na mapie geograficznej ale także na mapie kulturowej i mentalnej Italii. Stąd wziął się przecież język włoski. Tutaj tworzył Leonardo da Vinci i Michał Anioł, tu mieszkali Medyceusze z Wawrzyńcem na czele, któremu Bieńkowska poświęciła mistrzowski szkic. Nadto: Ficino, Masaccio, Machiavelli, Berenson, Burckhardt…

Tu przez chwilę była także stolica państwa.

Florencka „forma” choć powstawała przez wieki, została odkryta jednak, o czym kiepsko pamiętamy, dopiero w dziewiętnastym wieku: „Jeszcze Goethe przemknął przez nią, nie znajdując nic interesującego. Dodajmy, że jest odkryciem Anglików podchwyconym przez Amerykanów. Razem z jej odkryciem otwiera się faza w kulturze zachodniej, której zawdzięczamy pewien rozdział literatury, wiersze i powieści, utworzenie ośrodków badawczych i fundacji. Miasto wyciszone od dawna po politycznym schyłku nabiera światowego rozgłosu.”

A dzisiaj jest własnością całego świata, chociaż akurat tego zdania nie można w Italii wypowiadać zbyt głośno, bo Włosi są jednak trochę egoistami i chociaż potrafią dzielić się swoimi skarbami, czynią to jednak z umiarem.

Ci florentyńczycy, którzy znają trochę Polskę, przyrównują rolę swojego miasta do Krakowa. Mówią też, że i mentalnie są do krakowian podobni: raczej zamknięci, niechętnie wpuszczają w swoje kręgi obcych, z lekka zarozumiali, pielęgnujący w swoich kamienicach pamięć o przodkach, na Rzym patrzący raczej z góry i z politowaniem (bo to już rozpasane południe, niebyt schludne i zbieranina ludzi mających w poważaniu porządek).

Florencja to kosmos i wyobraźnia. To wszechświat, który ma początek ale nie ma końca. Bieńkowska fantastycznie prowadzi czytelnika przez istniejące i wyobraźniowe labirynty. Wskazuje drogę, nie myli tropów, pokazuje rzeczy mało znane, zapomniane lub przeoczone. I co najważniejsze, nie nudzi. Florencję ma w małym palcu i w oku. Potrafi też Florencją zarazić.

Rozpoczynając swoją książkę od opisu tragicznej powodzi, wspominając o drugiej wojnie światowej, kładzie zawsze nacisk na kulturę podkreślając: tak łatwo o wszystkim można zapomnieć, tak łatwo wszystko można zburzyć. Tylko co wtedy zostanie z Europy? Nic. Są miasta, które mogą powstać z popiołów i powstają. Florencja nie powstanie. Albowiem jej kształt jest jedyny. I ostateczny.

Nie zmieniają go nawet hordy turystów, którzy tratują stolicę Toskanii z uporem godnym podziwu, poczynając już od marca do późnej jesieni. A wśród nich przeważają naturalnie Anglosasi, dla których biedni Florentyńczycy uczą się nawet angielskiego. Rzecz zupełnie niebywała we współczesnej Italii. We Florencji człowiek nie znający włoskiego, nie zginie. Opisy potraw w restauracjach i barach zazwyczaj są dwujęzyczne, w księgarniach zatrzęsienie pozycji o Toskanii w wersji angielskiej, w hotelach i hostelach – informacje prawie zawsze po włosku i po angielsku. Już w pociągu z Rzymu do Florencji słyszy się głównie Amerykanów i Anglików. Oni przyjeżdżają do Florencji jak do siebie.

Nawet Niemcy są na drugim planie i pewnie dlatego nie czują się tak pewni siebie, aczkolwiek w galerii Uffizi zrobiono ukłon w ich stronę i dodano napisy w ich języku.

Niemniej jednak, jakimś dziwnym trafem turystyczne fale nie rozbijają całego miasta. Stare kamienice okalające piazza del Duomo przypominają falochron, który powstrzymuje żywioł, owszem, rozlewający się jeszcze dalej, aczkolwiek już nie z taką siłą. Ponte Vecchio i Palazzo Pitti wytrzymują zmasowane uderzenia ale ze spokojem, bo wiadomo, że wszystkich powstrzyma za chwilę niewielka via Romana i olbrzymi pochyły plac przed pałacem, na którym większość spoconych i zmęczonych się położy i zaśnie, nie szukając kolejnych atrakcji.

Mało kto wyprawi się też w okolice dworca kolejowego, w poszukiwaniu tablicy poświęconej Juliuszowi Słowackiemu, który spędził tutaj jeden rok ze swojego życia.

Przyjechał w roku 1837. Wielki dworzec kolejowy Santa Maria Novella, dzisiaj niejako główny, miał powstać dopiero za kilka lat, zatem okolice były jeszcze spokojne, położone niedaleko od centrum miasta a jednocześnie już na jego peryferiach. Zameldował się w hotelu przy via della Scala 65 (budynek należał wówczas do Polaka Bernarda Zaydlera), aczkolwiek podobno mieszkał również przy via dei Banchi. Spotykał się m.in. braćmi Potockimi i Brzozowskim.

Marian Kałuski pisał o szczegółach jego pobytu: „…wrażenie jakie zrobił na Słowackim obraz Paola Veronesego „Pożegnanie Chrystusa z Matką w przeddzień wejścia do Jerozolimy”, znajdujący się we florenckiej Galerii Palatyńskiej, zostało przeniesione przez poetę do IX pieśni w poemacie „Beniowski” (1840-46). We Florencji powstały również jego poematy: „Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa o piekle” (z dedykacyjnym „Ofiarowaniem” Warszawie), „Ojciec zadżumionych” i „Wacław” oraz cykl listów poetyckich z Egiptu. Słowacki będąc we Florencji zakochał się w Aleksandrze Moszczeńskiej, jednak do ślubu nie doszło. To o niej mowa w jego dwóch sonetach „Do A(leksandry) M(oszeńskiej)”, napisanych w październiku 1838 roku. Słowacki po zerwaniu z Aleksandrą, a zerwał z nią gdyż była za „bardzo rozpieszczona” przez bogatych rodziców, wyjechał z Florencji i już w grudniu 1838 roku dowiedział się o jej śmierci. W romantycznej gorączce wyrzutów sumienia pisał: „Ileż to razy teraz spacerując po ciemnych alejach tego ogrodu mam wrażenie, że staje przy mym boku, że jej cień się czerwieni i, spuszczając oczy, pyta: Dlaczego mnie nie kochałeś?”

Dzisiaj przy via della Scala znajdują się jedynie nieco gorsze florenckie hotele i hostele, okolica wieczorami bywa niezbyt bezpieczna, swoje sklepy mają tutaj głównie Pakistańczycy sprzedający mydło, powidło i koszmarne pamiątki do późnych godzin nocnych.

Po Somalijczykach, którzy jeszcze do niedawna tutaj urzędowali i o których pisała urodzona we Florencji Oriana Falacci, w swoim słynnym liście do redaktora naczelnego „Corriere della Sera” („Wściekłość i duma”) ani śladu. Dzisiaj kiedy czytam jej tekst czuję zażenowanie, zresztą podobnie jak przed szesnastoma laty: „Ja nie stawiam namiotów przed Mekką. Nie śpiewam „Ojcze nasz” ani „Zdrowaś Mario” nad grobem Mahometa. Nie siusiam na marmury ich meczetów, nie robię kupy u stóp ich minaretów. Kiedy jestem w ich krajach (co nigdy mnie nie napawa rozkoszą), nie zapominam, że jestem gościem i cudzoziemką. Uważam, żeby ich nie obrazić strojem, gestami lub zachowaniem, które dla nas są normalne, a dla nich nie do przyjęcia. Odnoszę się do nich z należnym szacunkiem, z należną uprzejmością, przepraszam, kiedy przez nieuwagę lub niewiedzę złamię jakąś ich regułę albo wierzenie. I ten wrzask bólu i oburzenia wypisałam ci, mając przed oczami obrazki, które nie zawsze pokazywały aż tak apokaliptyczne sceny jak te, od których zaczęłam. Czasami zamiast nich widziałam obrazek dla mnie symboliczny (a więc doprowadzający do wściekłości) jak ten wielki namiot, którym latem zeszłego roku somalijscy muzułmanie znieważyli i obsrali, i spotwarzyli na trzy miesiące plac przed katedrą we Florencji. W moim mieście.

Namiot wzniesiony po to, żeby potępić, oskarżyć, obrazić rząd włoski, który udzielił im gościny, lecz nie wystawił im dokumentów niezbędnych, żeby się rozbiec po całej Europie, i nie pozwolił im przywieźć do Włoch hord krewnych. Mamuś, tatusiów, braci, sióstr, wujków, cioć, kuzynów, szwagierek w ciąży, a nawet dalszych krewnych. Namiot postawiony obok pięknego pałacu arcybiskupów – na jego podeście stawiali buty i kapcie, które we własnych krajach pozostawiali poza meczetami. A razem z butami i kapciami puste butelki po wodzie, którą myli sobie nogi przed modlitwą. Namiot postawiony przed katedrą z kopułą Brunelleschiego, obok baptysterium ze złotymi drzwiami Ghibertiego. Wreszcie namiot urządzony jak kiczowaty apartamencik: krzesła, stoliki, szezlongi, materace do spania i do pieprzenia się, kuchenki do gotowania jedzenia i zatruwania placu dymem i smrodem. I – dzięki tradycyjnej nieświadomości Enelu [instytucji odpowiedzialnej za dostawy prądu – red.], który o nasze dzieła sztuki dba tak samo jak o krajobraz – podłączony do elektryczności. Dzięki radiomagnetofonowi ozdobiony wyciem muezina, który punktualnie napominał wiernych, zagłuszał niewiernych i tłumił bicie dzwonów. A do tego żółte strugi moczu, które bezcześciły marmury baptysterium. (Cholera! Ale mają zasięg ci synowie Allaha! Jak to możliwe, żeby trafić w obiekt oddzielony ogrodzeniem, oddalony o prawie dwa metry od ich narządów moczowych?). Żółte strugi uryny, smród gówna, które zagradzało wejście do kościoła San Salvatore al Vescovo – wspaniałego kościoła romańskiego (z 1000 roku), który stoi na zapleczu placu katedralnego, a który synowie Allaha zamienili w sracz. Zresztą sam wiesz”.

Dzisiaj czuję zażenowanie widząc studentów Erasmusa, którzy nie stawiają, co prawda namiotów ale sikają gdzie popadnie. Czuję zażenowanie, kiedy siedzą na schodach starych kamienic chodząc od czas do czasu po piwo do pobliskich sklepików prowadzonych przez Marokańczyków, rozbijając wypite butelki, po drodze, na asfalcie. Na ranem zostaje po nich kupa gruzu. I chociaż oszczędzają zabytki, nie kojarzą mi się z Europejczykami, czy to słowo cokolwiek jeszcze znaczy?

Nie widziałem ich ani w Uffizi, ani w pałacu Pitti. I nie zawsze byli to wredni młodzi Niemcy czy Amerykanie. Częściej Włosi.

Słynny list Falacci pamięta się jednak tylko wyrywkowo. Publicyści prawicowi na pamięć pewnie znajdą passusy poświęcone imigrantom. Ale Falacci nie tylko o nich w tym liście pisze. Ona piętnuje także tę prawicę, włoską. Dowala też solidnie Włochom, w ogóle. Warto czytać jej tekst jako uzupełnienie intelektualnych wypraw Bieńkowskiej, bo Falacci również pisze o „możliwości upadku” ale naszych głów. Krzyczy i przestrzega, samych Włochów a przy okazji i cały świat: „Oczywiście, moja Ojczyzna, moje Włochy, to nie te same Włochy co dzisiaj. Włochy biesiadne, cwaniackie, wulgarne, Włochy Włochów, którzy myślą tylko o tym, żeby pójść na emeryturę przed pięćdziesiątką, i którzy pasjonują się tylko wakacjami za granicą i meczami piłkarskimi. Włochy złe, głupie, tchórzliwe. Włochy małych hien, które tylko po to, żeby uścisnąć rękę hollywoodzkiej gwieździe, sprzedaliby córkę do bejruckiego burdelu, ale kiedy kamikadze Osamy ben Ladena zmieniają tysiące nowojorczyków w górę prochów przypominających mieloną kawę, podśmiewają się zadowoleni: dobrze-tak-Amerykanom-dobrze-im-tak. Włochy smętne, tchórzliwe, bezduszne, rozdrapane przez zarozumiałe i nieudolne partie, które nie potrafią ani wygrywać, ani przegrywać, ale wiedzą, jak przykleić tłuste zadki swoich przedstawicieli do foteli poselskich albo ministerialnych lub do fotela burmistrza. Mussoliniańskie wciąż Włochy faszystów czarnych i czerwonych, które ilustrują miażdżącą myśl Ennia Flaiana: „We Włoszech faszyści dzielą się na dwie kategorie: na faszystów i antyfaszystów”. To nie są Włochy prokuratorów i polityków, którzy ignorując reguły zgodności czasów, nauczają z monitorów telewizyjnych, popełniając potworne błędy składniowe. (Te zwierzęta nie wiedzą nawet, jak wypowiedzieć zdanie współrzędnie złożone!). To nie są Włochy młodzieży, która mając takich mistrzów, tonie w najbardziej skandalicznej ignorancji, w najbardziej dramatycznej powierzchowności, w próżni. I do błędów składniowych dołącza błędy ortograficzne, a kiedy spytasz młodego człowieka, kim byli karbonariusze, kim byli liberałowie, kim byli Silvio Pellico, Mazzini, Massimo D’Azeglio, Cavour, kim był Wiktor Emanuel II, patrzy na ciebie zgaszonym wzrokiem i z rozdziawioną gębą. Nie wiedzą nic, co najwyżej umieją odegrać wygodną rolę adeptów terroryzmu w czasie pokoju i demokracji, wymachiwać czarnymi flagami, chować twarze za kominiarkami, mali głupcy. Nieudacznicy. A tym bardziej nie są to Włochy cykad, które po przeczytaniu tych notatek znienawidzą mnie za to, że napisałam prawdę. Pomiędzy jednym talerzem spaghetti a drugim będą mnie przeklinać, będą mi życzyć, żeby zabili mnie ich podopieczni, czyli różni Osamowie ben Ladenowie. Nie, nie: moje Włochy to Włochy idealne. To Włochy, o których marzyłam w dzieciństwie, kiedy dostawałam odprawę Wojska Włoskiego – Korpusu Wolontariuszy Wolności i miałam mnóstwo złudzeń. Włochy poważne, inteligentne, godne, odważne, czyli zasługujące na szacunek. I biada tym, którzy mi będą chcieli zabrać te Włochy, Włochy, które istnieją nawet wtedy, kiedy ktoś je zagłusza, wyszydza i plugawi. Biada tym, którzy mi je ukradną, biada tym, którzy mi na nie napadną. Ponieważ czy napadną je Francuzi Napoleona, czy Austriacy Franciszka Józefa, czy Niemcy Hitlera, czy koledzy Osamy ben Ladena, jest mi wszystko jedno. Czy do inwazji użyją armat, czy pontonów – to samo”.

  • * *

Tuż przy kościele Santa Maria Novella czekając na pociąg do Rzymu siedzieliśmy w ogródku mało sympatycznej knajpy, do którego chciał wejść dziwnie wyglądający facet. Kelner podszedł do niego i krótko wytłumaczył, że jedzenia już nie podają: przyjdź za dwie godziny, teraz nie masz tutaj czego szukać. No, idź już…

Człowiek wstał, zabrał czarną torbę. I rzucił na odchodne: wyganiasz mnie tylko dlatego, że jestem obcokrajowcem, tak? Dlatego, że wyglądam jak cygan? Innemu byś tego nie powiedział. Kelner krzyknął: wyganiam ciebie dlatego, że wczoraj okradłeś tutaj klientkę! – Pierdol się – zakończył ubrany na czarno mężczyzna.

Ewa Bieńkowska, Historie florenckie. Sztuka i polityka. Zeszyty Literackie. Warszawa, 2015.

Powiązane wpisy

Udostępnij