Iwano – Frankiwsk – Miasto Fikcyjne

Text_2

Maciej Robert o Iwano – Frankiwsku (Stanisławowie) –  i tym rzeczywistym, i tym literackim.

Okręg Sinistra nie istnieje. Poza – rzecz jasna – kartami tak zatytułowanej powieści Ádáma Bodora. Podobnie jak nie istnieje Bogdańska Dolina z „Wizyty arcybiskupa” czy Jabłońska Polana z „Ptaków Wierchowiny”. Ale Wierchowinę już bez trudu znajdziemy na mapie. Tak samo, jak pojawiające się w tej powieści Lwów, Czerniowce czy rumuński Gledin, z którego (to już powieściowa fikcja) przybywali do Jabłońskiej Polany wychowankowie tamtejszego domu poprawczego. Istnieją też, pojawiające się w literackim świecie Bodora, Dobrin, Dobrudża, Odessa, Bukareszt, Orszova, Nagybánya (czyli Baia Mare), Tiraspol. Istnieje szczyt Pop Iwan. Istnieje Dunaj i istnieje Cisa. Istnieje więc realna scenografia, w którą Bodor wpisuje nierealne miejsca akcji. Fikcja miesza się z rzeczywistością. A raczej – rzeczywistość jest budulcem dla fikcji. Są one tak bardzo do siebie podobne, a zarazem tak wymieszane, że nieraz z trudnością przychodzi je rozgraniczyć. Chciałoby się wręcz odnaleźć w realnej przestrzeni zmyślone bodorowskie miejsca. Pisał o tym Andrzej Stasiuk:

Wiem, że to niemądre, ale nie mogę się powstrzyma ći podczas lektury książek Bodora rozkładam przed sobą mapę. Tak było w przypadku „Okręgu Sinistra”, i tak jest w przypadku „Wizyty arcybiskupa”. Po prostu muszę umieszczać w realnej przestrzeni bodorowską przestrzeń wymyśloną, przestrzeń, w której błądzą jego bohaterowie. Tak się składa, że kilka razy podróżowałem w tamte strony i dzisiaj doznaję dziwnego wrażenia, że podróżowałem do wnętrza czyjejś opowieści. Dzisiaj ta zwyczajna geografia, którą można odczytać wprost z mapy, nabiera cech mitycznych i uniwersalnych. Powieściowe Okręg Sinistra i Bogdańska Dolina pozostawiły swoje ślady w siedmiogrodzkiej prowincji Maramuresz, gdzieś na rumuńsko-ukraińskiej granicy.

Oczywiście taka podróż śladami literatury skazana jest na porażkę, ponieważ, jak pisze Stasiuk w „Jadąc do Babadag”:

widzialne blaknie wobec opowiedzianego. Blaknie, lecz nie znika zupełnie. Traci tylko wyrazistość, ubywa mu nieznośnej oczywistości. To jest specjalność krajów pomocniczych, narodów drugiego rzutu i ludów rezerwowych. To jest ta migotliwość, ta zdwojona, potrojona fikcja, krzywe zwierciadło, magiczna latarnia, fatamorgana, fantastyka i fantasmagoria, która wślizguje się litościwie między to, jak jest, a to, jak być powinno. To jest ta autoironia, która pozwala igrać z własnym losem, przedrzeźniać go, papugować, zmieniać upadek w heroikomiczną legendę, a zmyślenie przeinaczać w coś na kształt zbawienia.

„Zdwojona fikcja (…) wślizgująca się między to, jak jest, a to, jak być powinno”. Piotr Matywiecki tę specyfikę konstrukcji świata przedstawionego u Bodora komentuje w podobnym tonie (w posłowiu do zbioru opowiadań „Z powrotem do uszatej sowy”):

Pod wiernym realizmem opisów Bodora kryje się pytanie zasadnicze: kiedy i gdzie to się dzieje? Stawiamy sobie to pytanie inaczej niż przy lekturze wszelkiej innej prozy. Przez Sinistrę przebiega jakiś ostentacyjny styk fikcji i prawdy, nakazujący i prawdzie, i fikcji szukać czegoś od nich głębszego. Fikcyjność miejsca i czasu są w prozie Bodora w tych samych granicach, co rzeczywistość – gdzieś w górach Rumunii, w rejonie przygranicznym, zesłańczym, przemytniczym, za rządów komunistycznych.

Sam Ádám Bodor w wywiadzie-rzece udzielonym Zsófii Balla („Zapach więzienia”) swój sposób pracy nakreślił następująco:

Sądzę, że aby tworzyć, trzeba nauczyć się dwojako patrzeć na świat. Konieczna jest bliska, konkretna, dająca inspirację okolica oraz jej daleka, osadzona gdzieś w wyobraźni abstrakcyjna kopia. Gdzieś na połączeniu tych dwóch światów rodzi się opowieść.

Tam, gdzie literatura spotyka się z rzeczywistością, wszystko opiera się na dwojakim spojrzeniu, na ciągu dychotomii. Realność i jej wyobrażona kopia. Zmyślenie i prawda. Fakt i fikcja. Ściśle połączone. Zastanawiające jest, jak bardzo miejsca realne – poprzez swoje sąsiedztwo z bodorowską fantasmagorią – upodabniają się w prozie autora „Okręgu Sinistra” do niejednoznacznych bytów fikcyjnych. Co więcej – nagle zdajemy sobie sprawę, że pozornie niczym nie wyróżniające się rzeczywiste miejsce jest absolutnie niejednoznaczne. Jest „jak z Bodora”. Takim miejscem jest miasto ledwie wzmiankowane w „Wizycie arcybiskupa” i „Ptakach Wierchowiny”. To ukraiński Iwano-Frankiwsk. Miasto tajemnicze, podwójne, (nie)prawdziwe.

Podwójna tożsamość Iwano-Frankiwska jest obecna już w jego nazewnictwie. Nierzadko używa się przecież jego dawnej nazwy – Stanisławów (jeszcze na początku lat 90. XX wieku wspólne wystąpienie młodych artystów związanych z Iwano-Frankiwskiem nazwano „fenomenem stanisławowskim”). U Bodora Stanisławowa nie znajdziemy. Autor konsekwentnie stosuje nazwę nadaną miastu w roku 1962, co nieco konkretyzuje czasowo akcję jego powieści (które tak naprawdę rozgrywają się właściwie poza czasem). Warto zauważyć, że ta socjalistyczna nazwa lepiej pasuje do zniewolonego świata prozy Bodora niż nacechowany galicyjską nostalgią Stanisławów. Ale podwójność Iwano-Frankiwska realizuje się także, jeśli nie przede wszystkim, w złożonej atmosferze tego miasta, a bardziej nawet w stosunku, jakim darzy go bohater-narrator „Wizyty arcybiskupa”.

I choć nie znam dzikszego i straszliwszego miasta nad Iwano-Frankiwsk, czasem pod koniec tygodnia, gdy nie było spowiedzi, ruszałem przez karpackie przełęcze do mej dawnej ukochanej, fryzjerki Mixandry Slupinski.

Do Iwano-Frankiwska uciekł w młodości narrator powieści, porzucając rodzinną Bogdańską Dolinę. Szybko jednak do niej powrócił, ponieważ zetknięcie z molochem, jakim w stosunku do malej wioski był Iwano-Frankiwsk, okazało się bolesne. Pomimo pozostawienia w nim kochanki, narrator znienawidził to miasto, które stało się dla niego zarówno przyciągające, jak i odpychające.

Co ciekawe, w podobnym tonie o Iwano-Frankiwsku mówi urodzony tam (i pomieszkujący) Jurij Andruchowycz. W osobistym eseju otwierającym zbiór „Ostatnie terytorium” spowiada się ze swojej Hassliebe (istotny szczegół: w „Leksykonie miast intymnych”, zbiorze stu jedenastu portretów ważnych dla pisarza miast, nie znalazło się miejsce dla Iwano-Frankiwska – czyżby zatem więcej Hass niż Liebe?):

Jako dwudziestolatek starałem się za wszelką cenę porzucić to miasto, chciałem je zamienić na znacznie bardziej wyrazisty, bogatszy i do tej pory faworyzowany przeze mnie Lwów. Na szczęście próba ucieczki była nieudana – pozostałem tam, gdzie, widać, pozostanę już do końca swoich dni — w mieście nieudaczników, pijaków, nie zrealizowanych losów i talentów, mieście nieco prowincjonalnym, jakich na mapie Ukrainy jest co najmniej kilkaset. Ale tak naprawdę tylko jedno.

To interesujące, że intymne przeżycia jednego pisarza pokryły się z powieściową wizją drugiego. Ale jeszcze bardziej interesujące jest, że oto miasto, które pojawia się u Bodora ledwie epizodycznie, posiada o wiele więcej cech konstytutywnych przynależnych jego fikcji niż zmyślone miejsca, które są główną areną akcji jego powieści. Iwano-Frankiwsk jest bardziej niepokojący od Bogdańskiej Doliny, bardziej tajemniczy od Jabłońskiej Polany, i zdecydowanie bardziej fantasmagoryczny od całego okręgu Sinistra. Jest bodorowskim miejscem, którego nie trzeba było wymyślać. Niejednoznaczny i nieprzejrzysty. Frapujący. Z potencjałem. Nic dziwnego, że jego janusowe oblicze pojawiało się w literaturze dość często – zarówno w beletrystyce, jak i w literaturze faktu.

„Połączenie dwóch światów”, o którego mitotwórczej roli pisał Bodor, można było dostrzec w tym mieście, ufundowanym na wielu dychotomicznych rozziewach, jeszcze za czasów przedfrankiwskich. Na początku XX wieku Stanisławów był metropolią, drugim po Lwowie galicyjskim miastem. Alexander Granach, aktor charakterystyczny teatru Reinhardta, w autobiografii „Da geht ein Mensch. Roman eines Lebens” wspomina Stanisławów jako miasto tętniące życiem. Piękny rynek, szerokie ulice, olśniewające wystawy, imponujące ogrody, lampy elektryczne, kawiarnie, deptaki, tłumy na promenadzie. Martin Pollack, który książkę Granacha cytuje w „Po Galicji”, zauważa, że nie wolno brać poważnie tych uniesień, które powodowane były młodzieńczym entuzjazmem: Dla kogoś, kto szukając pracy, przybył tu z prowincjonalnej dziury, Stanisławów zaiste mógł się wydawał wielkim światem. Ale nim nie był. Nawet Granach był tego (najprawdopodobniej) świadomy Da się między wierszami jego ekstatycznego opisu znaleźć momenty, które świadczą o iluzoryczności idealizowanego Stanisławowa. „Miasteczko wyglądało jak osiedle dla lalek” – pisze Granach, nie do końca chyba zdając sobie sprawę, że uchwycił tym samym fasadowe oblicze Stanisławowa, który, jeśli tylko mocniej podrapać pozłotko, ukaże brudne liszaje. „Aż o dziesiątej nagle gasły lampy, zgiełk cichł, a linie A i B pustoszały. Wszyscy znikali z ulic”. Pollack dopowiada  wprost:

Jeśli przyjrzeć się bliżej, ten wielki świat był niezbyt wielki, ot, kilka arterii, rynek, ulica Lipowa (Lindenstrasse) prowadząca do parku cesarzowej Elżbiety. Na obrzeżach, na Przedmieściu Halickim, w dzielnicy wokół Belwederskiej (Belvederegasse), na Nowym Świecie nie paliły się lampy elektryczne i nie było wyasfaltowanych trotuarów, błoto sięgało kostek, a odpadki wysypywano z bramy wprost do ścieku, do którego spływały często rwące strumienie kloaczne; utopiła się w nich niejedna nieostrożna kura. W październiku 1911 roku na Przedmieściu Halickim ośmioletnia dziewczynka wpadła do szerokiego rynsztoka przed domem rodziców; nieszczęsna zginęła w mętnych strugach. Jak pisał lokalny tygodnik polski, graniczy to z cudem, że ktoś może utonąć na ulicy w środku miasta. W Stanisławowie takie cuda były możliwe.

Takie „cuda” tylko w Stanisławowie, którego dawną estetykę urbanistyczno-architektoniczną zdławiła po wojnie radziecka siermiężność. Szare, ciężkie, betonowe dupsko socjalistycznych wieżowców rozsiadło się na galicyjskich kamieniczkach. Pisał o tym choćby Taras Prochaśko:

Kiedyś góry widać było nawet z okien naszego mieszkania na trzecim piętrze w centrum Frankiwska, ale potem na obrzeżach miasta zbudowano wieżowce i panorama znikła.

Zanim jednak znikła panorama Karpat, najpierw z map wymazano Stanisławów, zastępując dawną nazwę kiepsko brzmiącą zbitką (ale przynajmniej jest to nazwa literacka!), która nie miała na dodatek żadnego logicznego wytłumaczenia – Iwan Franko nie był nijak związany z miastem, którego stał się patronem. Z blasku Stanisławowa (nawet jeśli przytłumionego) nic nie pozostało. Narodził się nijaki Iwano-Frankiwsk, miasto jakich w Ukraińskiej SRR wiele. Ale potem znów zdarzył się cud. Mówiąc najkrócej jak się da (słowami rosyjskiego pisarza Igora Klecha): „Zebrało się kilku miejscowych pisarzy, wypisało na sztandarze hasła „Postmodernizm” i „Europa Środkowa”, ruszyło do boju i wzięło szturmem twierdzę literatury ukraińskiej”. Tak powstał „fenomen stanisławowski”, a o jego przedstawicielach – m.in. Jurko Izdryku, Juriju Andruchowyczu i Tarasie Prochaśce – zrobiło się głośno. Tutaj następuje cud następny. Okazuje się bowiem, że mimo nazwy, która przylgnęła do  artystycznej rewolty, autorzy wcale nie pragną idealizować atmosfery dawnego Stanisławowa. Wręcz przeciwnie – twórczą energię Iwano-Frankiwska upatrują w fakcie jego podejrzanego statusu ontycznego. Miasto upadłe. Miasto-fikcja. Miasto-wampir. Miasto-sztafaż. Opisy Iwano-Frankiwska w książkach autorów zaliczanych do „fenomenu stanisławowskiego” są mocno „bodorowskie”. Jurij Andruchowycz w eseju z „Ostatniego terytorium” zauważa, że zmiana nazwy nie była jedynie kamuflażowym zabiegiem ideologicznym. Więcej – Iwano-Frankiwsk nie zastąpił Stanisławowa, on go otoczył betonowym pierścieniem (patrz: Prochaśko). W obrębie dzisiejszego Iwano-Frankiwska istnieją więc w istocie dwa miasta – stare centrum (Stanisławów) i nowe obrzeża. Zróżnicowanie architektoniczne nakłada się także na różne pojmowanie „ducha miasta”:

Przecież w istocie to dwa różne miasta. Tak, to dwa sąsiednie miasta, bardzo blisko siebie położone, właściwie to pierwsze znajduje się wewnątrz drugiego, miasto w mieście. Ale w żadnym razie nie można uznać ich za tożsame (…). Tak, w istocie to dwa miasta: wewnętrzne i zewnętrzne, tajne i jawne, zwykłe i magiczne.

Jeśli, zdaniem Andtuchowycza, jest to miasto magiczne, to jego magia bierze swoje źródło stąd, że Iwano-Frankiwsk, mimo iż może być – gdyby zechciał – każdym innym miastem, uporczywie pozostaje sobą:

Nigdy nie miałem i teraz także nie mam pewności co do tego miasta, co do jego magiczności czy fenomenalności. Odrapane mury w zamieszkanych przez podejrzliwych staruchów tajnych podwórzach, dzieci gotowe w każdej chwili zatańczyć przed obiektywem w oczekiwaniu na jakąś hrywnę czy dwieście escudo, niesamowita ilość żebraków, prawdziwych i lipnych kalek na chodnikach, ciemnoskórych wróżek i bezdomnych zwierząt – wszystko to naprawdę może przypominać jakiś południowy kraj, ale co z tego?

Iwano-Frankiwskie genius loci rodzi się więc nie tyle z ewentualnego podobieństwa tego miasta do innych, nie tyle z jego zdolności do geograficznej mimikry, lecz z oryginalnych, jednostkowych dziwactw, zagadek i tajemnic. Jedną z nich Andruchowycz opisał w szczerym autobiograficznie, choć fikcyjnym wywiadzie-rzece zatytułowanym „Tajemnica” (na zwierzenia namawiał Andruchowycza niejaki Egon Alt). Tytułowych tajemnic (związanych z biografią pisarza) jest tutaj sporo, ale jedną z pierwszych – i w książce, i w życiu – jest zapamiętana z dzieciństwa tajemnica ulicy Harkuszy:

Aha, był jeszcze całkiem tajemniczy dźwięk, który pojawiał się szczególnie w nocy, gdzieś koło jedenastej. Słyszałem go zawsze, odkąd siebie pamiętam, ale nigdy o niego nie pytałem. Aż pewnego razu rodzice zaczęli mówić o nim sami i zrozumiałem, że to nie jakiś mój osobisty haluk.

Domysłów na temat źródła zagadkowych dźwięków było w rodzinie Andruchowyczów (a także wśród znajomych i okolicznych mieszkańców). Podziemna fabryka, wojskowe laboratorium, inwazja Chińczyków, kopiących tunel pod Krajem Rad? Odpowiedzi młody Jurij chciał udzielić w powieści „Tajemniczy młot”, która jednak – przede wszystkim z powodu niedostatecznej wiedzy technicznej ówczesnego dziesięciolatka – nie została ukończona. Szkoda. Gdyby bowiem powstała, jej rękopis z pewnością byłbym cennym eksponatem w muzeum Jurija Andruchowycza (na ulicy Harkuszy?), którego powstanie żartobliwie przepowiadała w jednym z wywiadów Natalka Śniadanko:

Popularność tego pisarza jest jak na standardy ukraińskie dość nieprawdopodobna. Nikogo nie zdziwi, jeśli któraś z firm turystycznych ze Stanisławowa niebawem zacznie sprzedawać bilety do domu «naszego największego pisarza».

Trudno orzec, czy w tym muzeum znajdzie się miejsce również dla Sofii Andruchowycz, córki autora „Perwersji”. Powinno, bo urodzona w Iwano-Frankiwsku pisarka często wykorzystuje w swojej prozie literacki potencjał pełnego tajemnic miasta:

Inną ciekawą osobliwością naszego domu był jego adres. Robotnicza 7a. Osobliwość polegała na tym, że taka ulica nie istniała. Dookoła przebiegały tylko Hłyboczycka, Łukianiwska i Olehiwska, i żadnej Robotniczej, moi drodzy robotnicy.

Nie było takiej ulicy ani na mapie, ani w pamięci komputerów korporacji taksówkarskich, ani w rzeczywistości. Nie występowała w naturze. Tak samo jak nie istniały inne budynki z adresem „Robotnicza”. Nie było budynków numer 1 i numer 2, nie było budynku numer 5 i 5a, nawet budynku numer 7 nie było.

Był tylko budynek przy Robotniczej 7a. I my w nim mieszkaliśmy.

Oczywiście – może to tylko literacki konspekt. Może kontaminacja fikcji z rzeczywistością. Może tajemniczą historię zaginięcia ulicy Robotniczej Sofija Andruchowycz całkowicie zmyśliła na potrzeby opowiadania rozgrywającego się w bezimiennym mieście. Może pierwowzorem tego miasta jest Kijów albo Lwów. Powstrzymuję się jednak przed uważnym sprawdzaniem planów ukraińskich miast, by tropić na nich ulicę Robotniczą (lub jej brak). Wolę nie wiedzieć. Albo raczej – chcę wierzyć, że to Iwano-Frankiwsk. Miasto, które plecie figle na każdym kroku. Miasto z tysiącem tajemnic. Miasto ponurych dylematów. Takich jak ten, opisany przez Sofiję Andruchowycz w innym opowiadaniu z „Siomgi” (tym razem miejsce akcji określone jest bardzo dokładnie):

Siedzą w swoich wybajerzonych kuchniach, zalewają się whisky Jack Daniels, palą czerwone dunhille i nerwowo stukają długimi purpurowymi paznokciami w masywny dębowy blat, zastanawiając się, gdzie jest ich mąż – na dnie Bystrzycy Sołotwińskiej czy Bystrzycy Nadwitniańskiej, a może dla odmiany na dnie jeziora miejskiego.

Bogate paniusie z gangsterskiego półświatka Iwano-Frankiwska nie zastanawiają się z pewnością nad przeszłością miasta, w którym przyszło im dumać nad domniemanym miejscem wiecznego spoczynku wplątanego w mafijne porachunki męża. Zastanawia się nad tym natomiast Taras Prochaśko, który w książce „W gazetach tego nie napiszą” między innymi tropi niejasną historię Iwano-Frankiwska/Stanisławowa:

Niedopowiedzenie historii – to jeden z najtrudniejszych problemów naszego miasta.

Prochaśko dopomina się tym samym o ormiańskie dziedzictwo Iwano-Frankiwska, dokładając tym samym kolejny element do niezwykle skomplikowanego puzzle, jakim jest to miasto. A może wszystkie tajemnice Iwano-Frankiwska są tylko blagą, a samo miasto jest złudą, co prowokacyjnie wyłożył Jurko Izdryk w eseju zamieszczonym w tomie „Sny o Europie”?:

Nie mieszkam w Stanisławowie. Pojawiłem się tu tylko na chwilę, a właściwie to już mnie tu nie ma. Zjawiłem się jednak w samą porę. Uchwyciłem to, co zrodziło się jakoś niepostrzeżenie i zniknęło bezpowrotnie – uchwyciłem to, co nieprawdziwe. Owo błyskawiczne przemknięcie NIEPRAWDZIWOŚCI było jedyną prawdziwą rzeczą w tym mieście. Wszystko inne okazało się aż nazbyt PRAWDZIWE, a zatem – z powodu nieograniczonych ograniczeń tautologii – niezupełnie prawdziwe.

Być może Jurko Izdryk wygrałby konkurs na najbardziej oryginalny opis jednego z najbardziej oryginalnych miast, ale złoty medal stanisławowsko-iwanofrankowski wędruje jednak do Ádáma Bodora, specjalisty od fantasmagorycznych miejsc. Warto dodać, że Bodor, podobnie jak Izdryk, nie urodził się i nie mieszka w Iwano-Frankiwsku (zadanie na kiedy indziej – sprawdzić, czy Bodor kiedykolwiek był w Iwano-Frankiwsku!), a na dodatek jest Węgrem (rumuńskiego pochodzenia). Być może fenomen tego miasta jest tym bardziej widoczny, im z większej odległości się patrzy (mamy więc fenomen Iwano-Frankiwska, numer któryś z kolei).

Czas zatem na najwyższe podium. Ádám Bodor, powieść „Ptaki Wierchowiny”. Opis wanny:

Wannę tę jeszcze Anatol Korkodus otrzymał od biskupa pomocniczego ze Lwowa. Jest z lekka owalna, niemal okrągła, w sam raz, by jeden człowiek, na przykład Brigitta Konuvalov, wygodnie się w niej zmieścił. Wyrzeźbiono ją w bladoniebieskim marmurze, z biało-szarym żyłkowaniem, pod wrębem biegnie przerywany czarny pasek. Czas jakiś używano jej ponoć w Iwano-Frankiwsku jako kropielnicy w bazylice Świętego Chryzostoma. Iwano-Frankiwsk to duże miasto, mogło w niej zanurzać palce po dziesięć, piętnaście osób naraz.

(Nie muszę chyba dodawać, że w Iwano-Frankiwsku nie ma bazyliki Świętego Chryzostoma).

Maciej Robert

Tekst równolegle ukazuje się na blogu Macieja Roberta

 

 

Powiązane wpisy

Udostępnij