Tam


O książce Nataszy Goerke Tam (Czarne) pisze Piotr Kępiński.

Kiedy w zeszłym roku ziemia zatrzęsła się w Rzymie, a w mieszkaniach pospadały książki z półek i zakołysały się lampy zupełnie przez przypadek poszedłem do nepalskiego baru przy piazza Vittorio. Ludzie rozmawiali o terremoto, które zanim dotarło do stolicy Włoch zrównało z ziemią Amatrice. Wszyscy przerażeni. Tylko barman ze spokojem rzucił w stronę dyskutujących: pamiętacie Nepal, 7.8 w skali Richtera, o czym tu mówić…
Miał rację. Skala włoskiego kataklizmu, choć dojmująca, nieporównywalna była z tym co stało się w Nepalu. Dwa lata temu włoskie media, wyczulone na trzęsienia ziemi relacjonowały ów koszmar bardzo szczegółowo. Zginęło wtedy prawie dziewięć tysięcy ludzi. Bez dachów nad głową zostało ponad 23 tysiące. Wiele wiosek przestało istnieć. Akcja ratownicza była utrudniona również przez to, że drogi zostały całkowicie zdemolowane a helikopterów armia nepalska ma jak na lekarstwo.
Natasza Goerke, autorka książek Fractale, Księga pasztetów, Pożegnania plazmy oraz 47 na odlew, za którą była nominowana do Nagrody Literackiej Nike, świetna stylistka, mistrzyni groteski i oksymoronu, prowokatorka literacka, która z wdziękiem burzyła czytelnicze przyzwyczajenia w latach dziewięćdziesiątych zwłaszcza tym razem napisała świetny, literacki reportaż o Nepalu. O tym, że jest zafascynowana tym światem wielokrotnie mówiła w wywiadach, zatem zaskoczenie niewielkie. Naturalnie, Tam trzeba usytuować nie tu gdzie styl Goerke się wyklarował po raz pierwszy. Autorka Księgi pasztetów powędrowała w inne rejony literatury i świata, i już to samo w sobie jest wystarczająco ciekawe, żeby po tę książkę sięgnąć. A potem ze strony na stronę – olśnienie. Okazuje się bowiem, że Goerke potrafi opowiadać zarówno rzeczy wymyślone, groteskowe i surrealne jak i te realne. Te obszary jej literatury nie uzupełniają się, to oczywiste. Niemniej to co je może łączyć to delikatna ironia, dystans a także zadziwiająca drobiazgowość w budowaniu krajobrazu.
Tam to kompetentny reportaż (a może bardziej opowieść?) o niezwykłym państwie o którym przeciętny czytelnik wie tyle ile opowie o nim w wywiadach wracający z Himalajów polski wspinacz. Teraz pisze o nim autorka z krwi i kości. To słychać. Zero kiczu, dystans, ale też powaga, wnikliwe portrety ludzi, dbałość o formę i co najważniejsze barwa głosu. Czytając te, w istocie krótkie przypowieści o świecie nieznanym można zanurzyć się w zapachu, przyrodzie i smaku. Ale nie tylko. Tkwi w nich czasami drugie dno, które dotyka spraw fundamentalnych: wyobcowania, obcości, kolonizacji, nowoczesności, wyniosłości…
Goerke zanim pozwoli nam wkroczyć do Nepalu, szkicuje szybkimi pociągnięciami pióra historię kraju. Nie nudzi a zaciekawia. Potem jak w dobrze skonstruowanym kryminale wbija czytelnikowi nóż w serce opowiadając o tragedii, którą sama przeżyła. Na sucho, bez histerii, jak Truman Capote serwuje opis inferna: „Na razie pamiętam tylko, że jechałam taksówką z jednego krańca Katmandu na drugi, ze Swayambhunath do Bodhnath, że powietrze było wilgotne, że dochodziło południe i że w pewnej chwili zaczęło się dziać coś, czego nigdy przedtem nie doświadczyłam: ziemia zafalowała nagle jak wodny materac, moja taksówka zawirowała jak bączek, a wszystko, co stało, w ciągu kilku sekund runęło – jak klocki domina runęły na jezdnię ustawione przy krawężnikach rzędy motocykli, runęły sklepowe witryny, z dachów jeden po drugim spadały plastikowe pojemniki na wodę. Jeden z nich musiał się roztrzaskać dość blisko, bo biegnący ludzie byli mokrzy. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Jeśli cokolwiek wtedy myślałam, to chyba, że to znowu wiatr, że kolejny kaprys pogody i że mój kierowca, który uciekł z taksówki, wrzeszcząc coś do komórki, zwyczajnie oszalał. Ale rzadko jest tak, jak nam się wydaje, że jest. To nie był wiatr”.
Trzęsienie ziemi jest osią opowieści Goerke. Ale nie tylko ono jest ważne. Najważniejsi są ludzie o których pisarka pisze barwnie i z wielkim taktem. W ogóle Tam to książka taktowna. Autorka pewnych granic nie przekracza. Ani nie eksponuje zanadto siebie, ani też nie odkrywa w całości swoich bohaterów – a jest ich kilku. Czytając tę książkę ma się wrażenie, że wiele rzeczy celowo nie zostało tutaj dopowiedzianych. I dobrze. Te „uniki” czynią książkę Goerke znacznie ciekawszą. Bebechów dzisiaj na codzień mamy wystarczająco dużo. A reportaży w stylu gonzo, zatrzęsienie. Zatem rozważna i ciekawa językowo opowieść robi dużo większe wrażenie.
Zwłaszcza, że autorka chociaż otwarcie przyznaje się do fascynacji Nepalem, bardzo trzeźwo potrafi na ten kraj spojrzeć. To dlatego serwuje od czasu do czasu szczypty ironii a nawet złośliwości w odniesieniu do władz państwa, najnowszej tragicznej historii związanej chociażby z wymordowaniem rodziny królewskiej.
Ciekawie opisuje także przemiany cywilizacyjne, które mogła obserwować na przestrzeni lat, jako że jej wizyty w Nepalu datują się od czasów studenckich: „Nepal zaraził się od świata postępem i przyspieszył. Postęp wkroczył tak nagle, jak nagle przychodzi starość – czas przyszły nieunikniony i zawsze niespodziewany. Pojawiły się komputery, komórki i internet. Skróciły się kolejki w urzędach i skróciła się droga do świata, bo świat stanął w drzwiach, w wersji wirtualnej wprawdzie, ale za to w całym swym bogactwie. Życie, przynajmniej w stolicy, zmieniło dwuzmianowy rytm i o zmierzchu zaczynało wychodzić na trzecią zmianę”.
Zmienił się Nepal, zmieniła się stolica kraju, zmienili się także turyści i podróżnicy a także himalaiści. Postęp i pośpiech wykreował cyrkowy ekstremizm wspinaczkowy a wraz z nim nową filozofię zdobywania szczytów, którą można skojarzyć z korporacyjną techniką zarządzania. Co jednak ciekawe, Goerke podkreśla, że chociaż ów quasi-nowoczesny i stechnicyzowany sposób zdobywania tych najwyższych gór na świecie stał się teraz popularny, odskulowców jest także niemało a na Evereście – jak podkreśla – w ostatnich latach zginęło niemal dwustu himalaistów i towarzyszących im Szerpów. Jeżeli człowiek chce prawdziwie poznać góry, to je pozna.Wystarczy zboczyć z utartego szlaku, żeby zaznać ciszy i samotnej wspinaczki. I wszystko będzie jak dawniej. Bo śmierć jest zawsze taka sama. Ona się nie zmienia. Jak napisała Goerke: „Śmierć w górach nie jest ani piękna, ani romantyczna, ani wzniosła. Nie uszlachetnia jej fakt, że nastąpiła pod lawiną czy w szczelinie lodowca. Śmierć jest śmiercią, ostatecznie i nieodwra‐ calnie, i kładzie kres życiu wraz z jego marzeniami. Błąd w zarządzaniu firmą można przypłacić komornikiem. Ceną za potknięcie w górach jest życie”.
Nepal według Goerke to świat na przecięciu różnych światów, tych topograficznych, mentalnych i religijnych. To konglomerat tradycji, nowoczesności i nicości. To myślenie i niemyślenie. Bycie poza byciem w zapachach i poza nimi. To wreszcie spotkania z ludźmi dla których co innego jest ważne niż dla nas. To próba zrozumienia i świadomość, że zrozumienie totalne możliwe nie jest, zarówno na płaszczyźnie ideowej jak i ogólnoludzkiej.
Goerke ma tego świadomość, dlatego nie pisze tej książki z pozycji besserwissera, tylko ostrożnie buduje opinie. Starannie komponuje całość, uważnie kreśli zdania. Za pomocą metafor przenosi czytelnika w obcą mu rzeczywistość, delikatnie ją oswaja, pokazuje palcem kierunek ale wskazuje tylko na fragment, za pomocą tego fragmentu domyślamy się całości, która ze strony na stronę coraz bardziej wciąga i kiedy „dojeżdżamy” do strony 148 okazuje się, że to już koniec.
Goerke doskonale wie, że czytelnika nie można nasycić – nadmiar słów może być tylko przeszkodą w zrozumieniu albo chociażby w próbie zrozumienia. Dlatego zawiesza głos. Zostawia puste miejsce. Resztę musimy domyślić albo nie domyślić sami. I to też jest siłą tej książki – opowieści i przypowieści o współczesnym Nepalu ale nie tylko.