Kępiński o Trieście

Text_2

Piotr Kępiński pisze o książce Jan Morris – Trieste and the Meaning of Nowhere (Da Capo Press).

Stary księgarz z via S. Nicolo wyciągnął egzemplarz książki z witryny, przetarł rękawem, rzucił tylko krótko: nie jest to może najlepsza książka o Trieście ale przeczytaj, nie zniechęcam.

W Trieście ludzie są raczej bezpośredni. Bella figura chyba jest im obca. Niemniej jednak nikogo obcesowego tutaj nie spotkałem. Zobaczyłem za to miasto złożone z skrawków rzeczywistości włoskiej, słoweńskiej i post-habsburskiej. Ten melanż, który tak ciekawie opisuje Claudio Magris przyciąga na tyle, że chce się jeszcze o nim poczytać.

Na książkę Morris trafiłem przypadkiem. Recenzja w Guardianie była na tak pozytywna, że zechciałem rzecz kupić w samym Trieście. Reakcja księgarza nie zniechęciła, raczej zaciekawiła. Wydmuszka o skomplikowanym świecie napisana przez mało wrażliwą Walijkę? „Trieste and the Meaning of Nowhere” Jan Morris to rzecz absolutnie kuriozalna.

Intryguje już sama postać autorki, która w swoim życiu napisała kilkadziesiąt książek, z których większość wiązała się z podróżami. Jej najbardziej znaną pozycją jest Pax Britannica, aczkolwiek jej portrety Oksfordu, Wenecji i Nowego Jorku ukazywały się w najlepszych brytyjskich i amerykańskich oficynach zbierając (w większości) tylko dobre recenzje.

Morris, urodziła się w roku 1926 jako James Humphrey Morris, tak, tak – autorka zmieniła płeć. Do roku 1972 wydawała swoje książki jako James Morris. W tym właśnie roku w Maroku przeszła operację zmiany płci. W związku z tym, zgodnie z brytyjskim prawem musiała się rozwieść ze swoją żoną, z którą pozostaje do dzisiaj, w 2008 roku para zawarła związek partnerski. Mają pięcioro dzieci. Morris po latach włóczęgi, osiadła w północnej Walii, uważa się za walijską nacjonalistkę republikańską.

Dzisiaj publikuje już rzadko, z racji wieku, rzecz jasna. W końcu swoją książkę o Trieście zaczęła pisać już w roku 1945. Potem odwiedzała miasto wielokrotnie. Wie o nim niemało. Nie ma problemu z Italo Svevo, o którym pisze zajmująco, pamięta o Joysie, nie zapomina o Claudiu Magrisie. I chociaż są to opowiastki dosyć popularne i powierzchowne, to książkę się dobrze czyta.

Morris starała się świetnie poznać nie tylko celebrytów ale także rozmawiać ze zwykłymi ludźmi. Pamięta o węgierskich korzeniach słynnego burmistrza miasta Riccardo Illy’ego, potrafi opowiedzieć o historii kawy w Trieście: w końcu te powszechne także i w Polsce napisy – Illy, to firma Riccardo, przecież, którą w roku 1933 założył jego dziadek, a on rozwinął w prawdziwe imperium.

O tych sprawach pisze Morris kompetentnie. Gorzej sprawa wygląda z takim np. Schinklem, znakomitym niemieckim architektem, znanym nie tylko w Berlinie ale także w Poznaniu i na Śląsku. Jego dziełem jest chociażby Charlottenburg, według jego projektów przebudowano zamek w Kórniku.

Dla miłośników Europy Środkowej to postać nietuzinkowa i ważna. Morris jakby tego nie rozumie. Podobnie jak Mahlera, którego wizytę w Trieście kwituje jednym zdaniem: nie lubił hałasu przejeżdżających pociągów.

Irytuje w tej książce wreszcie próba porównywania Triestu i historii tego regionu z Wielką Brytanią. Sensu zbyt wielkiego to nie ma.

Niemniej jednak, gdyby ktoś tę książkę na polski przełożył, zapewne przeczytałbym jeszcze raz. Chociażby dla tej brytyjskiej nieznośnej egzaltacji, światem niezrozumiałym z lekka egzotycznym, światem, którego Brytyjczyk raczej pojąć nie potrafi.

I zapewne o to chodziło księgarzowi z via S. Nicolo w Trieście.

Powiązane wpisy

Udostępnij