Nielegalny rock 2

Text_2

Prezentujemy kolejny fragment przygotowywanej książki Mirosława Spychalskiego „Wyścig niePokoju Warszawa-Berlin – Praga. Wesołe i ponure wypisy z historii undergroundu”, poświęcony podziemiu rockowemu w komunistycznej Czechosłowacji. Inny fragment opowieści o Plastic People można przeczytać w tegorocznym, 35 numerze pisma Rita Baum.

MIROSŁAW SPYCHALSKI

Trzecie odrodzenie muzyczne w Czechach.

Kluczowym dla rozwoju czeskiego undergroundu jest rok 1973, kiedy do samotnych, występujących od 1969 roku nielegalnie Plastic People of the Universe zaczęły dołączać inne grupy.

Współzałożycielem jednej z nich, niemniej legendarnej, powstałego w 1973 roku, eksperymentującego DG 307, był sam Milan Hlavsa. Jednak nie został jej liderem. Główną postacią w zespole był charyzmatyczny poeta i wokalista, Pavel Zajićek.

Nazwa DG307 pochodzi od symbolu choroby psychicznej, którą zdefiniowano w czeskiej psychiatrii, jako „niemożność przystosowania się do rzeczywistości”.

DG307 to był już pełny „free style”. Niedawno jeden z młodych krytyków muzycznych, miłośnik niekomercyjnych odmian rocka, po wysłuchaniu nagrań DG307 z tamtego okresu orzekł: „O kurczę! Oni grali jak Swans, tyle że robili to dziesięć lat wcześniej”. To trafne spostrzeżenie.

Zachowały się fragmenty amatorskiego filmu z ich wspólnego koncertu z Plastic People w 1973 roku z sali tanecznej, prawdopodobnie w Klukovicach. Po scenie miotało się kilku długowłosych dżentelmenów. Jeden uderzał w tarkę do prania bielizny, inny walił w perkusję. Hlavsa grał na wiolonczeli, używając jej jak gitary, a w trakcie tego grania celowo instrument rozstrajał. Czasem używał też smyczka. Ktoś przychodził z jakimś przedmiotem i w niego walił. Publiczność, w liczbie około stu osób, piła piwo, część snuła się po sali. Inni uderzali rytmicznie kuflami o podłogę. Przez moment w kadrze pojawił się Egon Bondy. Ktoś schodził ze sceny i wracał, ale już z innym źródłem dźwięku i ten dźwięk z niego wydobywał. Trzy piękne dziewczyny na podłodze pod sceną patrzyły na to wszystko zakochanym wzrokiem. Istna kakofonia. Rytmu w tym chaosie pilnował perkusista. Na tym tle, na pierwszym planie stał posągowy Pavel Zajček i do rytmu podawanego przez perkusistę recytował:

 

Degeneracja nagle się budząca

Degeneracja w oczy bijąca

Degeneracja przenikająca każdą chwilę

Degeneracja prawd co zmienią się w padlinę

Degeneracja naszych związków

Degeneracja stanów szaleństwa

Degeneracja prostoty życia

Degeneracja pojęcia nicość

Degeneracja rzygania i srania

Degeneracja kochania i spania

Degeneracja wszelkiego piękna

Degeneracja całego człowieka

Degeneracja nie została żadna pociecha

Degeneracja sami jesteśmy zdegenerowani

Degeneracja nasze myśli są po swojemu zdeformowane

Degeneracja symbol degeneracji to my

Degeneracja urzeczywistniamy swoje chore sny[1].

 

Coś takiego w kraju, gdzie na estradach rządzili Karel Gott i Helena Vondračkova, a na ulicach i w gospodach „dehovki” i orkiestry strażackie, musiało robić piorunujące wrażenie. Zresztą nie tylko tam. Dla porównania warto powiedzieć, że wówczas w Polsce, pomijając niektórych poetów, za kontrowersyjny uchodził dość infantylny protest song Czesława Niemena Dziwny jest ten świat, a za Himalaje eksperymentu w rocku – swoją drogą znakomite – SBB. Jeżeli coś z polskiej młodej kultury estradowej z tamtego czasu mogło dorównywać Czechom w bezkompromisowości, to tylko niektórzy balladziści, jak Kelus, Kleyff czy Kaczmarski. Pod względem bezkompromisowości politycznej nawet ich przewyższali. Głównie z tego względu, że Czesi o polityce w swoich tekstach nie mówili wprost. Jeżeli już, to raczej opowiadali o „syfiastym życiu” w realnym socjalizmie ery „normalizacji”. Pod względem estetycznym i obyczajowym ówczesna polska niepokorna kultura była tak tradycyjna, że w porównaniu z Plastic People czy DG 307 przypominała szkółkę niedzielną.

Na usprawiedliwienie Polaków można powiedzieć, że Czechom było łatwiej, gdyż w żaden sposób nie mogli liczyć na oficjalne zaistnienie, co uwalniało ich od jakiejkolwiek autocenzury, bo i tak w życiu mieli „przechlapane”.

 

U nas sprawy wyglądają całkiem inaczej i dużo lepiej niż na Zachodzie – pisał Jirous – ponieważ żyjemy w atmosferze pełnej jasności: pierwsza kultura nas nie chce , my zaś nie chcemy mieć nic wspólnego z nią. Odpada więc pokusa, która jest dla każdego artysty, nawet najsilniejszego, początkiem zguby: tęsknota za uznaniem, powodzeniem, zdobywaniem nagród i tytułów; nie bez znaczenia jest tu także związane z tym zabezpieczenie materialne[2].

 

Taki wybór stylu życia miał także swoje konsekwencje materialne. Zdarzało im się otrzymywać niewielkie wynagrodzenie za nielegalne koncerty, które pochodziło z reguły ze zbiórki wśród publiczności, chociaż czasem też od organizatorów. Były to sumy rzędu dwóch czy czterech tysięcy koron na cały zespół. Co skwapliwie miał wyliczyć w akcie oskarżenia prokurator podczas ich słynnego procesu. Nie odbiegały wprawdzie one specjalnie od średnich ówczesnych stawek profesjonalnych, ale biorąc pod uwagę, jak rzadko udawało im się wystąpić, to nie były pieniądze, z jakich dałoby się wyżyć. „Za takie honoraria to się co najwyżej można dobrze upić” zwykli mawiać w takich sytuacjach artyści. Z reguły muzycy utrzymywali się z dorywczych prac fizycznych. Niektórzy, jak na przykład Vratislav Brabenec czy Pavel Zajček, żyli w hipisowskich komunach.

Ta forma życia na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wśród nonkonformistycznie nastawionej młodzieży w Czechosłowacji stała się dość popularna. Nie do końca były to komuny w rozumieniu zachodnim, bardziej pasowałaby do nich nazwa „undergroundowe stowarzyszenia kulturalne“. Mniej w tym wszystkim chodziło o narkotyki i wolną miłość. Jak to opisuje Petruška Šustrova, bardziej chodziło o życie wśród ludzi, którzy podobnie wyglądali i podobnie myśleli. Z którymi można było wspólnie posłuchać muzyki, podyskutować. Stworzyć w „syfiastym kraju” oazę wolności. Takie wspólne mieszkanie dawało także poczucie bezpieczeństwa, bo w tamtym czasie w żadnym z komunistycznych krajów hippisom lub ludziom ich przypominającym nie żyło się lekko. Na porządku dziennym były aresztowania i pobicia przez milicję. W Czechosłowacji w o wiele większym stopniu niż na przykład w Polsce dochodził do tego społeczny ostracyzm. Czescy obywatele propagandowe hasło: „Jeżeli nosisz długie włosy, nie chodź między nami”, dość łatwo uznali za swoje. Długie włosy tępiono w szkole. Długowłosych wypraszano z restauracji. Patrzono na nich, jak na groźnych kryminalistów. Jedyną radą na to była ucieczka w swój świat. Zbudowany przez siebie i sobie podobnych.

W latach siedemdziesiątych w Czechosłowacji, podobnie jak w NRD i w PRL, hippisi znajdowali się także pod „czułą opieką” nie tylko milicji kryminalnej i zwykłych stójkowych, ale służby bezpieczeństwa StB ze względu na „zagrożenie ideologiczne”, jakie z sobą nieśli. Akcję opatrzono niespecjalnie wymyślnym kryptonimem „Hippis”. Według materiałów StB najsilniejsze środowiska hippisowskie działały w Pradze i północnych Czechach. Jak wynika z tych akt, hippisów uznawano za największe polityczne zagrożenie dla czechosłowackiej młodzieży. Początki „dywersji ideologicznej” wśród młodzieży datowano na lata 1962-1964. Swój istotny wkład w to zarażanie wrogą myślą młodych czeskich głów miał mieć, zdaniem czechosłowackich władz, amerykański poeta Allen Ginsberg, który w tamtym czasie odbył tourne z cyklem wykładów i zawitał także do CSRS. Wykłady te przeradzały się w „narkotyczno-seksualne orgie” – jak pisali zbulwersowani urzędnicy. Oczywiście pełno tam było opisów poglądów i sposobów życia hippisów, ich podejścia do świata (niechęć do wojska i skłonność do używek). Wymieniono także listę imprez i festiwali, na jakich bywają, ze wskazaniem, że należy je otoczyć „szczególną polityczną opieką”. Aby zapobiec rozszerzaniu się tego zjawiska, środowiska młodzieżowe postanowiono objąć szeroko zakrojoną akcją profilaktyczną[3].

Jak widać, bycie nonkonformistą w CSRS to był pod każdym względem radykalny wybór. Z całego środowiska tylko Jirous formalnie ukończył wyższe studia, jeszcze w połowie lat sześćdziesiątych. Niektórzy podejmowali wprawdzie studia, ale ich nie kończyli z różnych przyczyn. Ich biografie wyglądały bardzo podobnie i często przewijają się w nich informacje typu: „nie ukończył szkoły“, „pracował dorywczo jako niewykwalifikowany robotnik“ (chociaż zdarzali się też robotnicy wykwalifikowani), „podjął studia, ale nie ukończył“, „żył w komunie“, a nawet – „trafił do aresztu za chuligaństwo“, „przebywał w zakładzie psychiatrycznym“. To ostatnie nie musi wcale oznaczać, że „leczony psychiatrycznie“ był naprawdę chory. Symulacja choroby psychicznej była najczęściej stosowanym sposobem na uniknięcie obowiązkowej służby wojskowej. Mimo tych wszystkich braków w formalnym wykształceniu, trudno byłoby nazwać większość undergroundowców ludźmi niewykształconymi, odmówić im erudycji i oczytania. Tyle że wiedzę tę zdobywali na własną rękę.

W tym samym roku, to jest 1973, powstał też Sen nocy letniej Band założony przez trzech plastyków związanych ze Szkołą Krzyżowców Czystego Humoru Bez Dowcipu: Karela Nepráša, Milana Hájeka, Milana Čecha, jednego inżyniera chemika – Petra Lampla, oraz grającego także w Plastic People Vratislava Brabenca. Grupa od razu podbiła serca undergroundowej publiczności swoimi zabawami z popularnymi utworami „muzyki mieszczańskiej” jak ją określił Jirous, czyli na przykład Eine kleine Nachtmusic Mozarta, czy słynnym tematem z filmu Doktor Żywago, oraz kiczowatymi przebojami muzyki pop. Wszystko to odbywało się w postdadaistycznym klimacie.

Zespół Umélá Hmota (Tworzywo sztuczne), który powstał w roku 1974, to dla odmiany przykład folkloru miejskiego. Ta wywodząca się ze środowisk robotniczych Pragi ekipa, nie podchodziła do swojej muzyki z takim pietyzmem, jak Plastic People, bardziej pod tym względem przypominali powstałe później wczesne kapele punkowe. Nawet strojenie instrumentów uważali za „burżuazyjny wynalazek”. Siła zespołu tkwiła w tekstach i kontekście sytuacyjnym ich występów. W innych warunkach niż koncert undergroundowy w Czechach lat siedemdziesiątych najpewniej nie dałoby się tego słuchać. Aby być sprawiedliwym, warto zauważyć, że kiedy wznowili swoją działalność na początku lat dziewięćdziesiątych po 12 latach niegrania (w 1978 roku ją zawiesili), to już stroili instrumenty i od strony muzycznej zaprezentowali się o wiele lepiej. Jak widać wymagający rynek zrobił swoje. Oni zaś do nowych warunków dostosowali się na tyle dobrze, że występują do dzisiaj.

Kolejnymi wykonawcami, którzy dołączyli do wspominanych zespołów, byli dwaj pieśniarze. Karel „Charlie” Soukup, autor kpiarskich i satyrycznych ballad o czeskiej rzeczywistości, podrwiwał w nich z wojska, telewizji, spartakiad i innych działań stadnych, wykonywanych przez posłusznych obywateli. Ale jest też autorem pieśni poważnych, a nawet bardzo poważnych, jak choćby Wierzę w Boga Wszechmogącego. Drugi to śpiewający pastor ewangelicki, Svatopulk Karásek, niezwykle barwna postać. Do undergroundu trafił przez swojego przyjaciela ze szkoły ogrodniczej, którą ukończył zanim trafił na ewangelicki fakultet teologiczny, saksofonistę Plastic People, Vratislava Brabenca. Został pastorem, ale był nim zaledwie kilka lat. Władze represyjnie pozbawiły go możliwości pełnienia posługi kapłańskiej. Długo szukał pracy. W końcu udało mu się zatrudnić w charakterze stróża na Zamku Houska. Spędzony tam czas wspominał w wielu wypowiedziach z rozrzewnieniem, jako kilka najpiękniejszych lat w życia. Nie tylko dlatego, że miał pracę i jednocześnie dom dla rodziny, ale także dlatego, że udało mu się tam stworzyć niezależną wspólnotę. Organizowali koncerty i spotkania. Svatopulk Karásek podczas wspólnych koncertów z „zepsutymi obyczajowo” rockmanami wykonywał pisane przez siebie pieśni religijne, inspirowane amerykańskimi spirituals. Śpiewał je pijącym piwo, długowłosym obszarpańcom. Karásek to postać ciekawa z jeszcze jednego względu. On nie potrafił grać na gitarze, chociaż na niej grał. Nie potrafił też specjalnie śpiewać, chociaż śpiewał. Mimo tych braków miał taką charyzmę, że publiczność go uwielbiała i jego religijny przekaz jak najbardziej do niej trafiał. Właśnie dlatego, że nie był nudnym kaznodzieją, tylko zdecydował się na taką formę ewangelizacji. Co ciekawe, motywy religijne i metafizyczne często pojawiały się w utworach undergroundowych. Nie kłóciło się to specjalnie ze swobodą obyczajową panującą w środowisku, tym niemniej jest to warte odnotowania z tego względu, że pokazuje, jak różni ludzie tworzyli to środowisko i jak szerokie były ich intelektualne oraz duchowe zainteresowania. Rozciągające się od skandalizującego marksisty, Egona Bondy, przez pesymistyczne refleksje nad ludzką kondycją Pavla Zajička, po religijne teksty Svatopulka Karaska i Vratislava Brabenca czy wykonywane przez Plastic People wiersze Williama Blake’a.

Zatem od roku 1973 czeski underground tworzyła, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej działali, całkiem spora grupa wykonawców. Z reguły starali się występować wspólnie. Na koncerty, o których wieść rozchodziła się pocztą pantoflową, przyjeżdżała publiczność z całego kraju. Każdy był inny. Na przykład Plastic People zdarzyło się występować wspólnie z zaprzyjaźnioną orkiestrą dętą w miejscowości Valeni koło Pragi w grudniu 1973 roku. Ten występ bardziej przypominał wiejską zabawę taneczną niż koncert rockowy.

Atmosferę tych „zabaw tanecznych” dobrze oddał Jan Pelc w kultowej powieści …będzie gorzej:

 

Na dzisiejszym balu, no tak, balu, dopiero dwa dni temu dostaliśmy zgodę na zabawę taneczną, będziemy dla was grać razem z innym początkującym zespołem. Chłopak jest mocno podenerwowany. Widać i do niego dotarła wiadomość o Plastykach. Gapi się w stronę ich stołu, podobnie jak cała sala. To śmieszne: setka ludzi gapi się na plejboja wszech czasów, Mejlę (Milana Hlavsę- przyp. M.S.), jak ten spokojnie smakuje piwko (…). Zabrzmiał pierwszy ostry akord i salę wypełniła muzyka. Przepędziła z mojej głowy wszystko, co zbędne: jareckich,wojo, przechowalnię, Adamca. Jest wszędzie. Można ją pić z pustego kufla, z podłogi pośrodku sali, słychać ją nawet w sraczu. Jest cudownie szczera i dlatego do nas przemawia. Żadna profesjonalna szmira (…). Podoba mi się tu dzisiaj, ale wciąż nie mogę przestać myśleć o tym, że słyszymy ich ostatni raz. Jutro zakażą im grać i nikt nie bąknie nawet słowa, tylko będą wspominki i wypatrywanie nowych zespołów, które równie szybko dostaną kopa. Dlaczego nie powiemy tym skurwysynom: „dość, odpieprzcie się od nas”?[4].

 

Liczba wykonawców undergroundowych urosła na tyle, że we wrześniu 1974 w Postupicach pod Beneszowem, w domu małżeństwa Jarky i Arnošta Hanibalów, odbył się nawet I Muzyczny Festiwal Kultury Alternatywnej – Hannibals Wedding. Można dodać, że jakimś cudem się odbył, gdyż w roku 1974 koncerty undergroundowe były rozbijane regularnie. Nie odbył się nawet undergroundowy sylwester:

 

W końcu 1974 roku, dzień przed Sylwestrem – wspominał Jirous – wybraliśmy się pociągiem na koncert do Lišnic, małej wioski na zachód od Pragi. Wysiedliśmy na najbliższej stacyjce i pozostałe kilka kilometrów szliśmy piechotą (…). Było nas czterdzieści pięć osób. Wiedzieliśmy, że z przeciwnej strony, od przystanku autobusowego, zbliżają się do Lišnic inni nasi przyjaciele, a wielu dalszych przyjedzie samochodami. Kończył się rok i mieliśmy nadzieję uczcić to muzyką: szliśmy na pierwszy koncert grupy Umélá Hmota, prócz tego mieli grać Plastik People, DG 307 i inni. Kiedy tak szliśmy przez puste pola, wielu czuło coś, co jeden z nas wypowiedział głośno. Przypominało to wędrówki w góry pierwszych husytów. Gdy zostało to powiedziane, żartowaliśmy sobie i rozwijaliśmy temat. – Przyjdziemy do Lišnic, a tam już będą czekać pańscy pachołkowie (dziś pachołkowie reżymu) i nas rozpędzą. Tak też się stało[5].

 

To było zwieńczenie trudnego, ale zarazem twórczego roku. Prawdziwe kłopoty zaczęły się już w marcu. Podczas koncertu w Rudolfovie pod Czeskimi Budziejovicami interweniowała milicja i zmasakrowała kilkusetosobową publiczność. Po tym incydencie zespół swoje występy ograniczył do imprez zamkniętych, na przykład uroczystości rodzinnych. Co ciekawe, mimo różnego rodzaju szykan, grupie udało się też w tym samym roku zarejestrować nielegalnie materiał studyjny. Materiał nagrano na Zamku Houska, gdzie jako stróż pracował i także mieszkał z rodziną Svatopulk Kárasek. Dziewięć utworów z tej sesji trafiło na ich pierwszą, wydaną na Zachodzie w 1978 roku, płytę: Egon Bondy’s Happy Hearts Club Banned.

 

Tego, że im nie przepuszczą, można było oczekiwać. Nieważne, że nie zajmowali się polityką. Ich sposób życia był antysocjalistyczny – mówi Petruška Šustrova.

 

Mimo coraz częściej zdarzających się represji, także w następnym roku postępował rozwój sceny undergroundowej. Pod wpływem Plastic People powstawały nowe zespoły. Powstaje też najważniejszy tekst programowy Jirousa: Sprawozdanie o trzecim odrodzeniu muzycznym w Czechach z 1975 roku. Początek owego „trzeciego odrodzenia” datował na rok 1973, kiedy skończyła się undergroundowa samotność Plastic People. Ten klasyczny dla undergroundu tekst był zarazem krótką historią tworzenia się czeskiego undergroundu rockowego, a także jego manifestem ideowym, definiującym go już nie jako wesołe getto, ale właśnie underground – kulturę alternatywną w stosunku do oficjalnej. To ważne – nie opozycyjną wobec niej, ale alternatywną.

 

Jirous studiował dokładnie historię Czech i był świadomy roli muzyki w budzeniu samoświadomości narodu czeskiego w XIX wieku. Zdał sobie sprawę, że jednym ze sposobów na pokonanie kulturowej opresji komunizmu będzie robienie tego, co naprawdę chce się zrobić, bez względu na konsekwencje, jakie ze strony reżimu mogą ich spotkać. Zespół Plastic People działał w imię tych zasad, nie brał pod uwagę żadnych kompromisów – wspominał Paul Wilson[6].

 

W tym samym 1974 roku nawet udało się Plastic People bezpiecznie zorganizować dwa tajne koncerty.

Ten zorganizowany 31 stycznia miał nawet imponująca skalę. Oprócz Plastic People, wystąpiły też DG307, Umélá Hmota, Soukup, Karásek, pojawiła się też nowa grupa – The Old Teenagers.

Sukces styczniowego koncertu nie oznaczał wcale, że władze im odpuściły. 21 czerwca odbyło się w Kostelcu wesele Milana Hlavsy i Jany Nemcovej. Przy tej okazji odbył się zamknięty, skierowany tylko do gości weselnych koncert. Zagrał zespół DG 307. Władza ewidentnie miała na celu sprowokować zamieszki, świadczyły o tym puste autobusy czekające na aresztantów. Uczestnicy jednak zwiedli te oczekiwania i zachowywali się spokojnie. Tym niemniej niedługo po weselu kilkudziesięciu jego uczestników zostało zatrzymanych przez milicję.

Tym razem jeszcze zwolniono ich po 48 godzinach. Jedyną konsekwencją było zawiadomienie władz szkolnych oraz uczelni w przypadku uczniów i studentów. Widać jednak było już wyraźnie, że pętla zaciska się coraz bardziej.

Dopiero pod sam koniec roku, 20 grudnia w Klukovicach (przedmieście Pragi), udało się Plastic People bez przeszkód zagrać drugi tajny koncert. Zaprezentowali kilka nowych kompozycji, w tym jeden z bardziej znanych ich utworów Apokaliptyczny ptak.

Przed tym drugim koncertem, w listopadzie, zespół podjął również próbę częściowego zalegalizowania swojej działalności, zarejestrowania się jako grający na imprezach, typu wesela itp., zespół amatorski. Władze nie dały się nabrać na ten wybieg. Zezwolenia nie wydano.

Ograniczenie występów do zamkniętych imprez prywatnych nie pomogło. W lutym 1976 roku Plastic People, Umélá Hmota, Bílé světlo zagrały na weselu Ivana Jirouša z Julianą Stritzkovą. To spóźnione wesele, które odbyło się w Bojanovicach pod Pragą, nie było zwykłym weselem, zorganizowane było także po to, aby z jego okazji odbył się ponownie zamknięty, przeznaczony tylko dla „gości weselnych” II Festiwal Kultury Alternatywnej. Lista wykonawców była już całkiem spora, w tym kilku nowych. Wystąpili: The New Old Teenagers, Umélá Hmota (tu ciekawostka) gościnnie z Egonem Bondym jako wokalistą, Sanhedrin, Doktor Prostěradlo Band, Bílé světlo, The Hever And Vazelína oraz Soukup i Karásek.

Władze usiłowały nawet w ostatniej chwili do imprezy nie dopuścić. Przed imprezą przybyli miejscowi milicjanci, aby jej zapobiec. „Pamiętam, że jak tylko się pojawili, to przybiegł do mnie Soukup i powiedział: Ty, bolszewicy przyszli. Musieli się jednak wycofać” wspominał Jirous[7].

Interwencja okazała się nieskuteczna, gdyż, jak się okazało, Jirous wynajął salę na swoje wesele jak najbardziej legalnie i okazał stosowne dokumenty. Władze uznały to widać za wyjątkową bezczelność i zdecydowały się na ostrą rozprawę nie tylko z Plastic People, ale całym undergroundem.

 

Szumowiny i degeneraci

Aresztowania rozpoczęły się w święta wielkanocne 17 marca. Do aresztu trafili oskarżeni o chuligaństwo muzycy, artyści i organizatorzy nielegalnych koncertów głównie z Pragi i Pilzna, między innymi: Ivan Jirouš, Pavel Zajicek, Jan Kindl, Ottokara Michl, Zdenek Fišer, Pavel Zeman (były perkusista PP), Karel Soukup, Jaroslav Kukal, Zdeněk Vokatý (założyciel Umélá Hmota), Karel Havelka, Miroslav Skalický i František Stárek. O chuligaństwo oskarżono nawet pastora Svatopulka Karáska. Zatrzymano w sumie ponad 20 osób.

 

Ja tam zaśpiewałem raptem cztery piosenki i tylko w jednej było kontrowersyjne słowo. A Vratia Brabenec nic tam nie zaśpiewał, słowa nie powiedział, tylko grał na saksofonie i też go posadzili – wspominał pastor Svatopulk Karásek [8].

 

Niektórych wypuszczono i mieli na wolności oczekiwać na proces. Wśród wypuszczonych był także Milan Hlavsa, który wspomina, że wypuszczono z aresztu robotników. Pozostawiono zaś w nim inteligentów[9].

Szczęśliwie złożyło się, że kilka miesięcy przed aresztowaniami podczas swoich wędrówek po praskich mieszkaniach znajomych Jirous przypadkowo spotkał się z młodym dramaturgiem, Vaclavem Havlem. Grzecznemu z natury Havlowi pewnie trudno było się uwolnić od podpitego długowłosego i aroganckiego „Magora”. Ale możliwe jest także to, że uległ legendarnej charyzmie Jirousa, który nie jednego potrafił przekonać do działań, które –jego zdaniem – w danym momencie należało wykonać. „On miał wyjątkową siłę perswazji” – wspominał Paul Wilson. Tak czy inaczej Havel dał się namówić na wysłuchanie z charczącego kaseciaka nie najwyższej jakości nagrań z undergroundowych koncertów. Okazało się, że dla „uwięzionego” przez Jirousa Havla ten wieczór przy „kiepskiej” i fatalnie na dodatek nagranej muzyce okazał się olśnieniem. Jak potem wielokrotnie wspominał, nagle dotarło do niego, że pomimo wulgarności tekstów i mało zachęcającego wyglądu ich wykonawców, prawda jest po ich stronie, że to właśnie te teksty najmocniej opisują kraj, w którym przyszło im wtedy żyć.

Niebawem miało się okazać, że to przypadkowe spotkanie miało znaczenie przełomowe.

Dzięki Havlowi o zatrzymaniach poinformowały zachodnie media. Havel zorganizował też protest czeskich intelektualistów. Listy w obronie muzyków publikowały największe światowe media.

To wywołało wściekłość władz czechosłowackich i rozpoczęła się medialna nagonka. Aresztowanych przedstawiano jako „antyspołeczne elementy, unikające pracy, narkomanów, alkoholików, wichrzycieli i przestępców, których działalność nie ma nic wspólnego ze sztuką”. Szef czeskiej telewizji, Jan Zelenka, w swoim przemówieniu w kwietniu 1976 na Kongresie KPČ nazwał ich „szumowinami”[10].

Pierwsze teksty w czeskich gazetach pojawiły się 4 kwietnia i jak to w prasie komunistycznej wówczas bywało, były do siebie bliźniaczo podobne. Pokazywały zarazem strategię, jaką władze przyjęły wobec zatrzymanych.

Zaczynały się oczywiście od rytualnego ataku na media zachodnie, oszukujące opinię publiczną, mówiąc, że w Czechosłowacji aresztowano artystów. Co to za artyści? – zastanawiali się komunistyczni propagandyści z „Rudégo Práva”, „Večernej Prahy” i „Svobody”[11]. Oto próbka:

 

„Rudé Právo” 4 kwietnia 1976

Niektóre Zachodnie media nie ustają w wymyślaniu różnych plotek i fabrykowaniu nieprawdziwych zarzutów pod adresem Socjalistycznej Czechosłowacji. W ostatnich dniach poinformowały, że aresztowano u nas co najmniej dwa tuziny „artystów opozycji”, wśród których są muzycy, kompozytorzy, poeci, malarze i artyści. W kulturze Czechosłowacji podobno króluje niespotykany terror. (…) Ci ludzie, mimo że kilka lat temu nie spełnili wymogów egzaminu kwalifikacyjnego, organizowali w sposób oszukańczy publiczne występy, które przeradzały się w orgie  zamieszek, zakłócanie spokoju i porządku w miastach i wsiach. Wymowny jest nie tylko wygląd tych „artystów”, ale także nazwy ich zespołów. Plastic People of the Universe i DG 307. Każdy lekarz i pielęgniarka wie, że jest to symbol zdiagnozowania neurotycznych problemów z powodu nieprzystosowania się do rzeczywistości. Niektórzy z tych „artystów” byli już karani sądownie, większość przeszła leczenie psychiatryczne związane z nadmiernym stosowaniem leków, inni byli karani za różne przestępstwa grzywną i kilka razy aresztowani (…). Nikt ich nie aresztował za muzykę i śpiew – bardzo zresztą wątpliwej jakości – tylko za systematyczne łamanie prawa i muszą odpowiedzieć za swoje czyny (…). (JH)

 

Pozostałe czechosłowackie media oczywiście o zatrzymanych mówiły w podobnym tonie. Pracowicie przedstawiano ich jako degeneratów. Służby też otrzymały stosowne polecenia:

 

Był „prikaz”, aby oskarżonych w areszcie nie strzyc i nie golić, społeczeństwo miało nabrać do degeneratów obrzydzenia, kiedy zobaczy zdjęcia z procesu w telewizji – wspominał Milan Hlavsa.

 

Do pracy wzięli się też twórcy popularnego również w Polsce serialu 30 przypadków Majora Zemana. Powstały w tym samym roku odcinek 29. tej produkcji rozpoczyna się od narkotycznej wizji umierającej z przedawkowania dziewczyny. Zaraz potem możemy ujrzeć tych złych, czyhających na niewinność czeskiej młodzieży. Noszą oni długie włosy, są zarośnięci. Dla niepoznaki udają porządnych i nawet niektórzy z nich pracują. Słuchają muzyki z wyraźnymi wątkami religijnymi. Ale uważajcie! – ostrzegają obywateli twórcy serialu i dowodzą za pomocą szeregu dobitnych scen, że religia to nie tylko opium dla ludu, ale też prosta droga do narkomanii, kradzieży, pospolitego bandytyzmu, a nawet porwań samolotów. W tym odcinku sam major nawet ze swoimi kolegami nie dałby rady. Podejrzani to grupa zamknięta. Krótkowłosy i dojrzały osobnik nie ma żadnych szans, aby w nią wniknąć niepostrzeżenie. Ale i na to major Zeman znajduje radę. „Ci degeneraci to przecież nie cała nasza młodzież. To tylko jednostki. Reszta jest przecież nastawiona patriotycznie i kocha socjalizm”pomyślał słusznie major i spojrzał z miłością na własną córkę. Córka, studentka, oczywiście nie dała się długo prosić. Co więcej, o pomoc w śledztwie poprosiła swojego kolegę, bywalca koncertów rockowych. Kolega bez szemrania postanowił pomóc majorowi Zemanowi. Ta chęć pomocy ze strony młodzieńca została oczywiście pokazana jako coś oczywistego. Należał on – jak każdy dojrzały i odpowiedzialny młody człowiek w tamtych czasach – do Związku Młodzieży Socjalistycznej. To ważny aspekt filmu. Zdarzało się, że dość naiwni działacze lokalni związku dawali się nabrać degeneratom i pomagali organizować wrogie „mające niewiele wspólnego z muzyką” koncerty i spotkania w swoich klubach.

Tak stało się właśnie w Pilznie, gdzie w lipcu rozpoczął się pierwszy z procesów. Przed sądem stanęli Havelka, Skalicki i Stárek oskarżeni o to, że:

 

W porozumieniu z Ivanem Jirousem i innymi, pod płaszczykiem wydarzeń kulturalnych w lokalu SSM Přeštice zorganizowali i umożliwili publiczny występ Ivana Jirousa i innych osób, które grały, śpiewały i skandowały przed większą liczbą studentów (ok. 150 osób – przyp. M.S.) wulgarne teksty i tym samym dopuściły się odrażającego przestępstwa, popełnionego publicznie jako członkowie zorganizowanej grupy i zakłócania porządku publicznego[12].

 

Jak wspomina František Stárek, ich rozprawa była dla władz rodzajem próby, swoistym polem doświadczalnym, które miało pokazać, jak daleko w represjach można się posunąć. Dla podsądnych natomiast swoistym papierkiem lakmusowym, który miał określić, na co w przyszłości będą sobie mogli ewentualnie pozwolić[13].

Prokurator w akcie oskarżenia z oburzeniem pisał o podstępie, do jakiego uciekli się podsądni, aby doprowadzić do tej niecnej imprezy. Otóż:

 

Oficjalnym organizatorem imprezy był miejscowy SSM (Związek Młodzieży Socjalistycznej – przyp. M.S.) w Přešticach, dzielnicy Pilzna, dzięki czemu władze bez problemu wydały zgodę na imprezę zatytułowaną: „Wieczór poezji i muzyki”. Prawdziwymi organizatorami byli jednak oskarżeni Karel Havelka, Miroslav Skalický i František Stárek, wraz z wykonawcami – grzmiał prokurator i oburzony ujawniał: Oskarżeni Karel Havelka i Miroslav Skalicky od lata 1975 przygotowywali koncert grup muzycznych, które nie miały pozwolenia na publiczne wystąpienia. Jednak bojąc się konsekwencji takiego zamysłu, zrezygnowali i postanowili w zamian, że Jirous będzie promował te grupy za pomocą wykładu na temat „muzyki współczesnej”[14].

 

Z akt wynika, że do „zbrodni” doszło w następujący sposób. Cwaniak Havelka zaproponował lokalnej komórce Związku Młodzieży Socjalistycznej, że zorganizuje im w ich klubie „Wieczór poezji i muzyki”. Naiwni działacze, którzy pewnie lubili się chwalić swoją aktywnością u władz zwierzchnich Związku, ochoczo na to przystali. Wszak impreza z pomysłem i kulturalna zawsze ładnie wygląda w rocznych sprawozdaniach. Ochoczo więc pobiegli załatwić pozwolenie na imprezę do władz miejskich. Te zgodziły się bez problemu, gdyż pismo wyglądało bardzo niewinnie, a nawet obiecująco. Napisano w nim ogólnie, że w pierwszej części imprezy wystąpi miejscowy „Teatr pod lampą, który zaprezentuje wiersze amerykańskich weteranów wojny w Wietnamie” („Będą antyimperialistyczne” – ucieszyły się pewnie władze), a w drugiej odbędzie się wykład na temat muzyki współczesnej, „czyli jakieś niewinne nudziarstwo” pomyśleli zapewne urzędnicy. Jaki urzędnik socjalistycznego państwa nie zgodziłby się na imprezę propagującą walkę z imperializmem amerykańskim z elementami edukacji kulturalnej? Każdy by się zgodził. Zgodę wyrażono[15].

Ostatecznie impreza przybrała kształt następujący: teatr z powodów obiektywnych nie wystąpił, publiczność za to miała okazję wysłuchać Ivana Jirousa, który zaprezentował swój manifest Trzecie odrodzenie muzyczne w Czechach. Odczyt był ilustrowany filmami z nielegalnych występów undergroundowych. Po prelekcji wystąpili Soukup i Karásek, którzy wykonali po cztery piosenki. Publiczność reagowała wprawdzie żywiołowo, ale do zamieszek ani też powszechnego wzburzenia nie doszło. Jak zauważył w akcie oskarżenia prokurator:

 

Podział zadań między oskarżonymi dowodzi, że to wszystko było starannie zaplanowane i świadczy o tym, że stanowili oni zorganizowaną grupę. Zwiększa to znaczenie zagrożenie społeczne, jakiego się dopuścili.

 

Proces odbywał się przy drzwiach zamkniętych. Do sali wpuszczono tylko po dwie osoby z grona bliskich oskarżonych. Resztę miejsc zajęli funkcjonariusze StB. „Zamknięcie” procesu przez sąd niespecjalnie dziwi. Zeznania świadków nie potwierdziły oskarżeń. Nie było żadnych zamieszek, a jedynymi „brzydkimi” wyrazami zapamiętanymi przez świadków były słowa „gówno” i „dupa”.

 

Każdy, kto był na naszym procesie, doskonale widział, że dla sądu nie ma żadnego znaczenia ani to, co my mówiliśmy, ani to, co mówili świadkowie. Wyrok zapadał poza sądem – wspomina František Stárek[16].

 

Wyroki zapadły następujące: Havelka został skazany na dwa i pół roku więzienia. Skalicky na piętnaście miesięcy. Stárek na osiem miesięcy. Ostatecznie pod wpływem kampanii w obronie oskarżonych wyroki obniżono. Havelka wyszedł po piętnastu miesiącach, Skalicky po dziewięciu. Najzabawniejsza sytuacja była ze Starkiem, któremu wyrok zmniejszono w drugiej instancji do czterech miesięcy. Decyzja ta zapadła, kiedy już odsiadywał szósty miesiąc.

Niewątpliwie na wysokość wyroków wpłynęła coraz bardziej rozwijająca się kampania w obronie muzyków. O sprawie pisała zachodnia prasa. W obronie aresztowanych występowali zachodni intelektualiści, a nawet zachodnie partie komunistyczne. To niewątpliwie wpłynęło na obniżenie wyroków. Pozwoliło też na większy optymizm u oczekujących na proces w Pradze.

Proces rozpoczął się we wrześniu. Przed sądem ostatecznie stanęła czwórka uznana za prowodyrów. Ivan Martin Jirous, Pavel Zajíček, Svatopluk Karásek i Vratislav Brabenec. Pozostałych zatrzymanych wypuszczono.

Budynek sądu był strzeżony przez kilkudziesięciu policjantów, niektórzy z nich byli z psami, i kilka samochodów policyjnych. Okoliczne domy zostały przeszukane. Po sądzie krążyli tajniacy. Utrudniano dostęp na salę rozpraw niezależnym obserwatorom, mimo że proces był publiczny. Kilka osób spośród zgromadzonych na korytarzu próbowano usunąć z budynku sądu. Akt oskarżenia modyfikowano do ostatniej chwili, przez co ani oskarżeni, ani obrońcy przed rozprawą nie poznali jego ostatecznej wersji.

W akcie oskarżenia wymieniono wszystkie nielegalne koncerty zorganizowane od roku 1971, uznając, że podczas każdego z nich dochodziło do czynów przestępczych. Główny zarzut dotyczył tego, że koncerty zawierały w swojej treści wulgarność, co wywoływało wzburzenie u słuchaczy. W przypadku jednego koncertu dopatrzono się nawet szerzenia za pomocą wyświetlanych slajdów pornografii. Chodziło o koncert z piosenkami Velvet Underground (śpiewanymi po angielsku), podczas którego prezentowano dzieła Andy Warhola. Działalność oskarżonych uznano za nie dość, że nielegalną, ale też wyjątkowo społecznie szkodliwą, gdyż propagowano wśród niewinnej młodzieży tak niepożądane przez socjalistyczne państwo i szkodliwe dla rozwoju młodej psychiki postawy, jakimi są: „nihilizm, dekadencja oraz klerykalizm”. Tak to socjalistycznej prokuraturze udało się połączyć w jedno wykluczające się wzajemnie postawy, jak nihilizm i klerykalizm.

Jak było do przewidzenia, z zeznań świadków, mimo że dopuszczono tylko takich, którzy mieli świadczyć przeciw oskarżonym, nie wynikało, że podczas koncertów doszło do zarzucanych przestępstw. Jednak ani prokurator, ani sąd nie specjalnie się tym przejęli. Prokurator wnioskował o kary bezwzględnego więzienia. Wyrok nie odbiegł specjalnie od jego oczekiwań. Jirousa skazano na osiemnaście miesięcy więzienia, Pavla Zajička na rok, a Kárasek i Brabenec dostali po osiem miesięcy.

Ten proces był ważny nie tylko dla samych oskarżonych, ale też dla wielu myślących niezależnie i czujących się w tym myśleniu osamotnionym. Tocząca się od kilku miesięcy społeczna akcja pisania petycji i listów do władz w ich obronie odniosła pewien skutek. Pod salą rozpraw zgromadził się tłum ludzi, którzy w ten sposób wyrażali swój sprzeciw. Dwieście osób podpisało petycję w  obronie oskarżonych, co w bardzo już „znormalizowanej“ Czechosłowacji uznano za liczbę zawrtotną. Swoje listy do władz wysłali m.in. późniejszy noblista, poeta Jaroslav Seifert, niemiecki laureat literackiego Nobla Heinrich Boll. Procesowi towarzyszyło duże zainteresowanie mediów. Tak czechosłowackich, które nasiliły nagonkę, oraz zachodnich. To mogło napawać organizatorów protestu optymizmem. Ta nagonka oznaczała strach władzy oraz to, że musiała się pogodzić z tym, że ktoś patrzy jej na ręce. Dzięki temu o procesie usłyszał już każdy obywatel Czechosłowacji. Inną sprawą był stosunek szarego obywatela do tego procesu. To wyglądało już zdecydowanie mniej optymistycznie. Przekonał się o tym główny organizator protestu, Vaclav Havel:

 

W drugim dniu rozprawy wyszedłem z sądu i poszedłem do kawiarnii na Malej Stranie; byłem tak poruszony tym wszystkim, że z trudem mogłem myśleć o czymś innym. Spotkałem tam pewnego czeskiego reżysera filmowego średniego pokolenia. Kiedy zapytał, jak się czuję, odpowiedziałem niezbyt logicznie, że byłem właśnie na procesie czeskiego undergroundu. Zapytał, czy to była sprawa z narkotykami. Odrzekłem, że sprawa nie ma nic wspólnego z narkotykami i próbowałem mu objaśnić istotę rzeczy. Kiedy skończyłem, pokiwał głową i zapytał: „A co nowego poza tym?“. Może jestem dla niego niesprawiedliwy, ale wtedy ogarnęło mnie uczucie,że ten gatunek ludzi należy do świata, z kórym nie chcę mieć nic wspólnego[17].

[1] Pavel Zajicek, Degeneracja, przekł. Maciej Domagalski.

[2] Ivan Martin Jirous, Sprawozdanie o trzecim odrodzeniu muzycznym w Czechach, dz. cyt.

[3] Jan. Blúml, Art rock:stylové žanrový typ a jeho české varianty, praca dyplomowa napisana pod kierunkiem prof. Ivana Poledňaká w katedrze muzykologii Uniwersytetu w Ołomuńcu, Olomouc 2009.

[4] Jan Pelc, …będzie gorzej, przekł. Jan Stachowski, Czarne, Wołowiec 2014, s. 145-146.

[5] Ivan Martin Jirous, Sprawozdanie o trzecim odrodzeniu muzycznym w Czechach, dz. cyt.

[6] Rozmowa z Paulem Wilsonem, dz. cyt.

[7] Wypowiedź Jirousa w filmie czeskiej telewizji z cyklu Niesprawiedliwe procesy sądowe. Proces Plastic People, reż Pavel Křemen, Czeska Telewizja 2011.

[8] Tamże.

[9] Rozmowa z Milanem Hlavsą, [w:] Aleksander Kaczorowski, Europa z płaskostopiem, dz. cyt.

[10] Za: Vera Jirousova, List do Dyrektora Czeskiej Telewizji Jana Zelenki z dn.23.09.1976, [w:] Hneda kniha. O procesech s českým undergroundem Ústav pro studium totalitních režimů, Praha 2013.

[11] Inne przykładowe teksty, zob. (mo), Další bublina splaskla, „Svoboda“ 27.9.1976, Jarmila Houfová, Na lavici obžalovaných výtržníci, „Rudé právo, 25.9.1976, Zdeněk Hrabica, Výtržnost, která se ocitla před soudem Mladá fronta, 16.10.1976.

[12] Materiały z Procesu w Pilznie, [w:] Hneda kniha, dz. cyt.

[13] Wypowiedź F. Stárka w filmie czeskiej telewizji z cyklu: Niesprawiedliwe procesy sądowe. Proces  Plastic People.

[14] Materiały z Procesu w Pilźnie, [w:] Hneda kniha, dz.cyt.

[15] Materiały z procesu w Pilznie, dz. cyt.

[16] Wypowiedź w filmie: Niesprawiedliwe procesy sądowe. Proces  Plastic People.

[17] Vaclav Havel. Rozprawa, [w:] Hneda kniha, dz. cyt.

Powiązane wpisy

Udostępnij