Pianka od Chińczyka

Text_2

Prezentujemy premierowy fragment ze zbioru opowiadań czeskiego pisarza Vladimira Binara „Pianka od Chińczyka”, który ukazał się właśnie po polsku w przekładzie Olgi Czernikow. Książkę opublikowała wrocławska oficyna „Atut”.

Vladimír Binar (*1941) jest czeskim historykiem literatury, eseistą i edytorem, a także prozaikiem, scenarzystą i tłumaczem. Za swój tryptyk Pianka od Chińczyka (Číňanova pěna) w 2012 roku otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie „Najlepsza Czeska Książka” oraz nagrodę im. Jaroslava Seiferta.

Na książkę składają się trzy opowiadania napisane na przestrzeni czterech dziesięcioleci (pierwsze z nich – na początku lat 70.). Autor wspomina w Komentarzu, że chociaż teksty te powstawały zupełnie niezależnie od siebie, ostatecznie niejako „samoczynnie” – za sprawą spajającego je motywu lunarnego – ułożyły się w zwartą całość i mogły zostać wydane razem. Przedstawiają trzy epizody z życia bohatera, którego zawsze i wszędzie – czy to w małej czeskiej wiosce, czy to w Pradze, Paryżu czy na Tahiti – prześladuje widmowy obraz księżycowej tarczy. Poszczególne ogniwa tryptyku noszą tytuły: Księżyc i żniwa, Dimanche à Paris oraz Pianka od Chińczyka. Autor nazywa swój utwór „małą Sonatą księżycową” albo też sonatą „quasi una fantasia”, a do poszczególnych części tej „literackiej sonaty” stosuje terminologię rodem z teorii muzyki: pierwsza z nich to wolne adagio sostenuto, druga – nieco szybsze allegretto, a trzecia zamyka całość w tempie presto agitato.

Wydarzenia z wszystkich części (w których nietrudno doszukać się motywów autobiograficznych), choć odgrywają się niezależnie od siebie, w pewien sposób uzupełniają się i przenikają. Różnorodne scenerie komponują się w barwny i wielowątkowy fresk, który odwzorowuje świat jako złudny i wabiący labirynt. Wszystkie ogniwa łączy postać głównego bohatera i narratora, wędrowca, który przemierza ową zagadkową poetycką krainę i niczym w lunatycznym transie niestrudzenie podąża za księżycowym blaskiem, symbolem iluzorycznego piękna i nieprzeniknionych tajemnic świata.

 

VLADIMIR BINAR

 

PIANKA OD CHIŃCZYKA (fragment)

 

[…] Potem jednak sytuacja nieoczekiwanie stała się trudna. Słowacki pisarz już dawno siedział w pociągu pośpiesznym do Puchowa, podczas gdy ja sterczałem na ulicy i czekałem na tramwaj, mając za sobą, a właściwie w sobie, parę kolejek dżinu i czerwonego wina. Tkwiłem więc na przystanku, tym samym co wtedy w lipcu, i podobnie jak wówczas niecierpliwie spoglądałem w kierunku, z którego miał nadjechać tramwaj. W ciemności razem ze mną przytupywała na mrozie grupka ludzi, stojących tu Bóg wie jak długo, czyli z grubsza tyle co ja. Mnie tymczasem czekanie tak już się sprzykrzyło, że perspektywa zamarznięcia na śmierć nie wydawała się wcale taka najgorsza; w końcu jednak tramwaj przyjechał, jak zresztą zawsze, bo ostatecznie na komunikacji miejskiej w Pradze naprawdę można polegać, trzeba mieć tylko odpowiednie zasoby wolnego czasu, papierosów i przekleństw. Wagon nieskończenie pomału sunął przez ciemny, w tę mroźną noc jakby zwęglony plac Karola, stopniowo wynurzając się z mroku, podobny do wielkiej głębinowej ryby z fosforyzującymi bokami, z których niczym przezroczyste płetwy wyrastało światło.

A potem, sam nie wiem jak, nagle stałem już na środku pustego placu Braci Synków, otoczony biedermeierowskimi domami, zawisłymi nade mną w lodowatym powietrzu niczym szklane kulisy. Już chciałem iść dalej, kiedy nagle zobaczyłem, że nieopodal, jakieś dwa metry ode mnie, w czarnej próżni nad środkiem placu błyszczy ogromny, okrągły żółty księżyc. Wisiał tam jak olbrzymia nadmuchiwana piłka, umocowana na niewidocznych niciach, pewnie nylonowych, zgadywałem, przekonany, że patrzę na jakąś tandetną bożonarodzeniową dekorację. Czego to oni nie wymyślą zamiast żłóbka, szopki i kolęd, westchnąłem. Ale on pulsował najprawdziwszym światłem, a kiedy się do niego zbliżyłem, nawet się nie poruszył. A wokół wciąż ni żywego ducha.

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom: był to przecież ten sam księżyc, który już prawie od tygodnia prześladował mnie co noc, nie dając spać, teraz zaś najzwyczajniej w świecie zwisał tuż nad moją głową. Nagle przyszło mi na myśl, że przecież nylonowe nitki mogą się w każdej chwili urwać, a wówczas owa kolosalna żółta kula spadnie prosto na mnie, podniosłem więc rękę, chcąc ją delikatnie odbić palcem, jak piłkę, i w ten sposób odsunąć na bezpieczną odległość. Ale nim zdążyłem jej dotknąć, zrozumiałem, że stoję pod świecącym cyferblatem zegara – i naraz jakby jego wskazówki przebiły mnie na wylot: było w pół do drugiej! Dopiero teraz zorientowałem się, ile czasu minęło i jak jest późno, i z przerażeniem uświadomiłem sobie, że przecież już dawno powinienem być w domu.

Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że wysoko nad czarnymi dachami unosi się ledwie widoczny, cieniutki jak pergamin krążek księżyca. Delikatny, niemal przezroczysty, jak gdyby gotów lada moment pęknąć, płynął po niebie niczym bańka mydlana wydmuchiwana przez słomkę, a ja nagle przypomniałem sobie, jak dziś – a właściwie już wczoraj – rano usiłowałem się ogolić i jak potem wieczorem ów błahy epizod nieoczekiwanie zaowocował pięknym zdaniem, od którego miała się zacząć niniejsza opowieść, właściwie nie niniejsza, tylko ta pierwsza, zawarta w objawionej mi frazie; tymczasem zaś, nawet się nie spostrzegłszy, byłem już w drodze z placu Braci Synków na Nusle,

i znów zacząłem trząść się z zimna, wiedziałem jednak, że nie ma sensu iść na przystanek, bo aż nadto dobrze znałem perfidię kursującej do mnie dziewiętnastki – absolutnie bezkonkurencyjnej jeśli chodzi o utrudnianie podróżowania po mieście, chociaż pewnie to samo o swoim tramwaju mówi każdy prażanin – z którą zresztą już od dwóch lat toczę zaciekły bój. Rzecz zaś wygląda następująco: z placu Braci Synków do domu mam raptem jeden przystanek, mogę więc albo wracać na piechotę, albo czekać na tramwaj, ale jakkolwiek bym zadecydował, rezultat będzie zawsze odwrotny do zakładanego, czyli jeśli postanowię poczekać, dziewiętnastka przyjedzie dopiero po półgodzinie, co oznacza, że tylko daremnie traciłem czas na przystanku, bo gdybym był poszedł pieszo, już dawno byłbym w domu, jeśli natomiast zdecyduję się iść, mogę być pewien, że ten parszywy tramwaj dogoni mnie już na pierwszym skrzyżowaniu i na moich oczach triumfalnie przedefiluje przez przystanek Górki, podczas gdy ja w najlepszym razie będę dopiero w połowie drogi; ale tej nocy byłem absolutnie pewien, że wygrana jest w moich rękach, bo wiedziałem, że dziewiętnastka miała czekać na osiemnastkę, która przywiozła mnie tu z placu Karola, a zatem albo już odjechała, albo zgubiła się gdzieś w mieście, czego zresztą życzyłem jej z całego serca […]

Vladimir Binar, Pianka od Chińczyka, przekład Olga Czernikow, „Atut”, Wrocław 2015

 

 

Powiązane wpisy

Udostępnij