Finał „Angelusa” – Jacek Dehnel

Text_2

Maciej Robert o nominowanej do finału „Angelusa” powieści Jacka Dehnela „Matka Makryna”.

„MATKA MAKRYNA”

„W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, będę pisała prawdę, samą prawdę i tylko prawdę, tak mi dopomóż Pan Bóg w niebiesiech i wszyscy święci Jego, amen”. Tak rozpoczyna swoją opowieść tytułowa bohaterka „Matki Makryny” Jacka Dehnela. I nawet ci spośród czytelników, którzy wcześniej nie zetknęli się z postacią fałszywej męczennicy, która wywiodła w pole nawet papieża, powinni zdać sobie sprawę, że takie zapewnienia o prawdomówności, taka faryzejska świętoszkowatość, którą pojawia się już w pierwszym zdaniu, nie jest przypadkiem. Tym bardziej, że tę wypowiedź poprzedza motto, które autor zaczerpnął z hagiograficznej niemal rozprawy ks. Aleksandra Jełowickiego o Makrynie Mieczysławskiej – „Po śmierci Matki Makryny zakonnice jej wszystkie jej papiery spaliły” (co ciekawe brak dokumentów dotyczących życiorysu domniemanej bazylianki ks. Jełowicki postrzega jako dowód niezwykłości jej osoby i jeden z elementów budujących jej legendę). To inteligentna gra z czytelnikiem, który od pierwszych zdań wie, że karty są znaczone, ale w niczym nie umniejsza to przyjemności z rozgrywki. Dehnel w swojej powieści – która żadną miarą nie jest powieścią biograficzną, raczej studium psychologicznym – umiejętnie zderza opinie, łączy różne narracje (opowieść Makryny kontrapunktuje narratorskim komentarzem), udanie wplata w fabułę wyimki z XIX-wiecznych tekstów źródłowych oraz w kongenialny sposób zderza wysokie z niskim, czyli literacki język oficjeli kościoła z koślawą, niegramatyczną i będącą na bakier z ortografią polszczyzną Makryny. Doskonały stylista, jakim jest Dehnel, w historii rzekomej unickiej ksieni znalazł więc doskonałe pole do prezentacji swego literackiego kunsztu. Przede wszystkim jednak znalazł bohaterkę, której nieprawdopodobna historia wręcz domaga się opowiedzenia.

Kim była Makryna? Sama o sobie mówi (u Dehnela): „Raz, że wdowa. Dwa, że biedna. Trzy, że stara. Cztery, że baba. Pięć, że przechrzta żydowska. Sześć, że brzydka”. Nie przeszkodziło jej to jednak wejść „po stopniach coraz wyżej i wyżej, przez Poznań, przez Paryż, aż do samego Rzymu, a dalej do królestwa czynienia cudów i prorokowania”. Zanim narodziła się jej legenda, przyszła Makryna była nikim – pochodzącą z żydowskiej biedoty Julką, panną do posług, która wyszła za carskiego oficera, zmieniła imię, przyjęła nazwisko po mężu i jako Irena Wińczowa dostawała nieustanne razy od pijanego małżonka. Po jego śmierci przeistoczyła się w Matkę Makrynę, zmieniając w zełganej biografii siniaki z rodzinnych kłótni na efekt represji ze strony Rosjan. Tutaj biografia zostaje podretuszowana: polska szlachcianka Mieczysławska, przełożona klasztoru grekokatolickiego, torturowana i więziona przez Rosjan za odmowę przejścia na prawosławie, zesłana na Sybir zbiegła do Poznania. Ciąg dalszy jest równie intrygujący – w Paryżu omotała wokół palca środowisko Wielkiej Emigracji, stając się uosobieniem romantycznego mitu. Zdołała uzyskać audiencję u papieża Grzegorza XVI, po czym została przełożoną rzymskiego klasztoru.

Nic zatem dziwnego, że tak frapująca postać stałą się inspiracją dla dzieł literackich. I to jakich autorów! Juliusz Słowacki uwiecznił ją w poemacie „Rozmowa z Matką Makryną Mieczysławską”, a Stanisław Wyspiański uczynił Makrynę jedną z bohaterek dramatu „Legion”. Czego zatem w tak, zdawałoby się, wyeksploatowanym temacie szukał Jacek Dehnel? Okazuje się, że ponad półtora wieku po zamieszeniu z mistyfikacją Makryny jej historia wydaje się na wskroś współczesna. Matka Makryna mogłaby dziś – zdaje się postulować Dehnel  – zostać medialną celebrytką, której oszustwo szeroko opisywałyby internetowe serwisy plotkarskie, opatrując artykuł tagami „show” i „fake”. Dehnel w przekonujący, a momentami wręcz zabawny sposób pokazuje, że mechanizmy sterowania ludzkimi zachowaniami właściwie się nie zmieniły, a łatwowierność komentatorów woła o pomstę do nieba. Tak właśnie – albowiem, gdy w grę wchodzą sprawy religii i wiary czy też narodowej tromtadracji, zdrowy rozsądek schodzi na plan dalszy.

Maciej Robert

Jacek Dehnel, Matka Makryna, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2014.

Powiązane wpisy

Udostępnij