Dom głuchego

Text_2

Prezentujemy premierowy fragment powieści słowackiego pisarza Petera Krištúfka „Dom głuchego”, która – w przekładzie Olgi Stawińskiej – ukaże się na początku października nakładem Książkowych Klimatów.

Urodzony w 1973 Peter Krištúfek  to prozaik, poeta, scenarzysta, reżyser filmowy. Absolwent bratysławskiej VŠMU, wyreżyserował m.in. Momentky, dokument poświęcony kultowemu słowackiemu muzykowi, Dežowi Ursíniemu. Autor zbiorów opowiadań i powieści, trzykrotny finalista słowackiego konkursu Poviedka na najlepsze opowiadanie roku (w 2000, 2002 i 2004) oraz prestiżowej nagrody Anasoft Litera (w 2009, 2011 i 2013). Powieść Dom głuchego była nominowana do Anasoft Litera (2013) i Nagrody Jána Johanidesa (2014), w 2014 została przełożona na język angielski.

Słowackie przysłowie mówi, że do posprzątanego domu przychodzi śmierć. Do „domu głuchego” przychodzi przeszłość, od której nie można się uwolnić. Zamieszkują ją nie tylko zjawy z czasów Austro-Węgier, przymusowej aryzacji i Gwardii Hlinkowej, ale i codzienne domowe rytuały, wspaniała żydowska kultura międzywojnia, barbarzyńscy Sowieci, a wreszcie i aksamitna rewolucja.

Proza Petera Krištúfka jest jak winogrono: sarkastycznie cierpka, choć przesycona słodkim sokiem anegdot i efektownych aforyzmów. W ospałym słowackim miasteczku Brežany i losach doktora Alfonza Trnovskiego, który próbuje pozostać głuchy na zmiatający wszystko na swej drodze wicher historii, przegląda się XX-wieczna Europa Środkowa. A wszystko to spowite nimbem tajemnicy i subtelnie powiązane ze słynną rezydencją Goi Casa del Sordo.

 

Peter Krištúfek

DOM GŁUCHEGO

4.

 

– Stare czasy dopiero przyjdą. – Stryj Rudo, brat ojca, uśmiechał się złośliwie, kiedy rozmawiało się o przeszłości. Dopiero później zrozumiałem, co miał na myśli.

Najpierw chciał tego syn Bony, później, wiele lat po aksamitnej rewolucji, Matúš, mój wnuk. W szkole kazali im przygotować drzewo genealogiczne. Dokładne – z imionami, związkami pokrewieństwa, zatrudnieniem, tytułami naukowymi, datami urodzin i śmierci.

Wtedy, na początku lat siedemdziesiątych, po raz pierwszy bałem się, czy w taki niewinny sposób, przez szkołę i dzieci, nie doszukują się jakichś powiązań, które można by wykorzystać. Bony narysował na kilku zlepionych kartkach wielkie, rozłożyste drzewo i zostawił mnie z nim. Zaraz po obiedzie uciekł korzystać z pięknego, słonecznego dnia. A ja pracowałem nad drzewem genealogicznym całą niedzielę, aż do wieczora. I nagle przypomniały mi się historie, które opowiadało się w rodzinie.

Mojego przyszłego dziadka, małego Alberta, rodzice zabrali kiedyś do Wiednia – musieli coś tam załatwić. Omawiali właśnie zakwaterowanie w hotelu, kiedy nie wiadomo skąd obok recepcji z wielkim hałasem stanęła wielka winda. Otworzyły się drzwi i ukazało się rozświetlone wnętrze. W Brežanach niczego takiego nie było i Albert pomyślał, że to ten pokój, w którym będą mieszkać, że wysłali go po nich na dół. Stał z wytrzeszczonymi oczami. Na wycieczkę wzięli też dziewczynkę od sąsiadów. Z braku innej odświętnej odzieży rodzice ubrali ją w strój ludowy. Przed katedrą św. Szczepana wszyscy gapili się na nią jak na kuriozum. Była to przyszła żona Alberta, oma Mária. Moja babcia.

W drzewie genealogicznym Boniego opa Albert figurował jako robotnik, a oma Mária jako służąca. W drzewie genealogicznym Matúša został inżynierem budowlanym, przepracowanym i niezbyt bogatym, ale taka przynajmniej była prawda. Oma Mária prowadziła małą firmę i robiła manicure u klientek w domu. Naprawdę.

Opa Albert zmarł młodo podczas wypadku w kopalni. Na starym zdjęciu oma Mária trzyma małego Alfonza, mojego ojca, na kolanach, wokół stoi rodzeństwo, a obok niej stryj Karol. Ich ojciec już nie żyje, Alfonz urodził się trzy miesiące po jego śmierci. A jednak jest z nimi, twarz opy Alberta została wycięta z innej fotografii i przyklejona zamiast stryjkowej – wielka głowa osadzona na wątłych ramionach. W ten sposób rodzina była w końcu w komplecie.

To zdjęcie przyniosłem wraz z innymi rzeczami ze strychu. Wcześniej jak o rodzinną relikwię dbał o nią ojciec. Czasem ją wyciągnął, kiedy myślał, że nikt go nie widzi. W ciężkich chwilach zwracał się do swojego pozlepianego tatusia. Prowadził z nim długie rozmowy. Czy opa Albert odpowiadał, nie wiadomo.

Z przodkami mamy wyglądało to trochę gorzej – jej ojciec był żydowskim kupcem, na brežańskie warunki nawet całkiem bogatym. Nazywał się Béla Blau. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że tak może to zostać odnotowane w naszym drzewie genealogicznym z roku 1974. Stał się więc z niego Vojtech Modroch, co brzmiało szlachetnie, i zaczął pracować jako urzędnik na poczcie w Brežanach. Wydawało mi się, że nie wyrządziło mu to przykrości, przecież i to była praca przy dokumentach. Przy opłatku życzyłem mu nawet stu lat. Mieszkaliśmy wtedy z rodziną w coraz bardziej anonimowej Bratysławie – na Malinovskiego, w domu pełnym ludzi z całej Słowacji, tacy byli też koledzy ze szkoły Boniego, tak że dyskrecja gwarantowana. Zdrada nam nie groziła. Sześćdziesiąt lat po śmierci zejde Blaua w drzewie genealogicznym Matúša zmienił imię i pracę na pierwotne i tak to już, mam nadzieję, zostanie. Zdążył umrzeć jeszcze przed wojną (to już naprawdę), więc nie dożył wszystkich tych rzeczy, które by mu się z pewnością przydarzyły. Zacnie umrzeć jest sztuką. On, który tak bardzo bał się śmierci, przykładał do tego dużą wagę. Nie wiadomo, czy udało mu się znaleźć tę biblijną „jałowicę płową, zdrową, na której by nie było zmazy i na której by nie postało jarzmo”. W tych ostatnich beztroskich dniach zabrał też ze sobą moją babcię Sárę – jechali w deszczu z dużą prędkością samochodem firmy Laurin & Klement 360, rocznik 1926, i w alei, która już nie istnieje, z kilometr od Brežan uderzyli w drzewo. Niektórzy mówią, że właśnie tak to ma wyglądać: rosnący przemysł samochodowy pomaga nam zejść z tego świata z godnością i – powiedzmy w ten sposób – w dobrej formie.

Babcia, albo inaczej bobe Sára, nie pracowała i zajmowała się domem – u Matúša. W drzewie genealogicznym Boniego pod imieniem Štefánia pracowała w fabryce.

Nawet ojciec czasem mówił: „Nostalgia to wspomnienie czegoś, czego nigdy nie było”.

Szczególnie w Europie Środkowej.

No a moja mama… Jej pochodzenie pozostaje niejasne, nigdy nie chciała o nim mówić. Jako dziecko z nieznanych przyczyn przygarnęła ją żydowska rodzina, tak brzmiała oficjalna wersja, a innej od niej nie poznałem.

Ale cóż, jeśli wierzyć opowieściom znanym z literatury pięknej – kiedy dziewczę z lepszej rodziny spłodziło dziecko, wysyłali je do krewnych, w miarę możliwości daleko. A kiedy potomek wracał, był wychowywany jako rodzeństwo matki. Niektórych rzeczy nigdy się już nie dowiem – tym bardziej mogę je więc wymyślać.

W czasach Pierwszej Republiki Słowackiej mamę brali za Żydówkę, nikt jej nigdy o nic nie pytał. Żadnych domysłów, żadnych przypuszczeń. Suche fakty.

W efekcie mój syn Bony jest najprawdziwszym Słowakiem, ponieważ w jego ciele płynie czeska, węgierska, niemiecka, polska, żydowska i w końcu słowacka krew i tak właśnie powinno być. Środkowoeuropejskie cuvée. Coś ma po mnie, coś po mamie – szalonej, niedorzecznej i pięknej Zuzanie, której nie widziałem już ponad dziesięć lat, niech jej ziemia lekką będzie.

 

5.

 

Jeśli mam być naprawdę szczery, do Brežan wróciłem też ze względu na te kości. Ciągle nie dają mi spokoju.

To od nich wszystko właściwie się zaczęło. Gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy ojciec był w szpitalu. Stopniowo oddalaliśmy się jeden od drugiego, nawet jeśli siedzieliśmy obok siebie. Dopiero przy nim zorientowałem się tak naprawdę, jakim problemem może być próba wytrzymania z kimś sam na sam. Ojciec i ja?

Racja, brzmi to dziwnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że to on zwalił mi się na głowę. Tina zawsze była jedną nogą w Anglii (co stanowiło powód wielu wymówek), a mój brat Peter też był nieobecny, choć w trochę inny sposób. Pierworodny syn, koronowany książę, z głową pełną pomysłów, z prawem do własnego życia. On przeszedł swoje, tak, mawiała mama. Mógłby być dla nas wszystkich przykładem, tak, mawiała mama. I zawsze dokładała jakąś historię o tym, jak delikatnym był dzieckiem – z porodówki przynieśli go trzęsącymi się rękami, a kiedy na lepsze trawienie miał sobie pierdnąć (z przeproszeniem i bez niego), dochodziło do skomplikowanej operacji naukowej. Mnie już tylko wsadzali w tyłek automatyczny ołówek, żeby mi się tam poluzowało, bez gadania. Uwielbiałem te historyjki! On – wielki, świecący przykładem bohater i ja – wypierdek z ołówkiem w zadku.

Można nawet powiedzieć, że związek z ojcem zawdzięczam kościom – tak, i to się zdarza, nie ma w tym nic dziwnego w sytuacjach takich, jak na przykład śmierć. Ale nie chodziło o śmierć, przynajmniej nie śmierć mojego ojca. (…)

przekład Olga Stawińska

Powiązane wpisy

Udostępnij