Polski postmodernizm na Litwie

Text_2

„Cień Słońca” Aleksandra Radczenki to prawdopodobnie pierwsza wileńska opowieść postmodernistyczna napisana w języku polskim. Jej autor jest znanym na Litwie blogerem, politykiem, prawnikiem i podróżnikiem. 

Akcja tej sensacyjno-kryminalno-mistycznej opowieści toczy się w niewymienionym z nazwy kraju byłego ZSRR w latach 90. ubiegłego wieku. Główny bohater prowadzi nie tylko burzliwe życie towarzyskie suto zakrapiane alkoholem, seksem, muzyka punkową i filozofowaniem, ale też dziennikarskie śledztwo w sprawie powiązań lidera jednej z partii politycznych z mafią.

Aleksander Radczenko, oprócz tego, że pisze książki zajmuje się także całkiem poważną pracą. W latach 2000–2006 pełnił funkcję głównego specjalisty w Departamencie Prawa Ministerstwa Sprawiedliwości Republiki Litewskiej. W styczniu 2006 objął urząd doradcy w Departamencie Prawa Kancelarii Rządu Republiki Litewskiej. W latach 2007–2009 kierownik Działu Legislacji i Ekspertyzy Prawnej Kancelarii Rządu RL, 2009–2013 wicedyrektor Departamentu Systemu Prawnego Ministerstwa Sprawiedliwości, od maja 2013 wicedyrektor rządowego Departamentu Prawa.

W latach 1994–1996 przewodniczył Klubowi Polskiej Młodzieży Alternatywnej na Litwie, zakładał grupę twórców niezależnych „TKM”. Politycznie był związany z litewskimi liberałami. Kandydował w wyborach samorządowych z ramienia LLS (2002). W latach 2006-2012 członek Ruchu Liberalnego Republiki LItewskiej, wiceprzewodniczący Komitetu Prawa i Praworządności. Odszedł z partii, gdy liberałowie udzielili poparcia nieprzychylnej mniejszościom narodowym nowelizacji Ustawy o oświacie.

Odwiedził ponad 50 krajów świata. Jako pierwszy Polak z Wilna był na wszystkich kontynentach. Angażuje się w działalność charytatywną, m.in. w akcję „Darujmy uśmiechy”.

 

Fragmenty książki: 

„Aleks bez większego zainteresowania dłubał widelcem w swoim talerzu z sałatką a la grecque. Nie był przekonany ani do jakości tej sałatki, ani do jej wartości smakowych, a przede wszystkim do tego, czy jedzenie w pizzerii (drogiej i chyba dlatego tak popularnej wśród japiszonów i urzędasów z pobliskich urzędów państwowych) zasługuje na miano „jedzenia”. Poza tym towarzystwo robotników budowlanych, dłubiących tuż obok jezdnię za pomocą młotów pneumatycznych, nie podobało mu się jeszcze bardziej niż ta sałatka. Pizzeria w centrum miasta mogła być może i dobrym miejscem na zjedzenie jakiegoś sensownego obiadu, gdy się miało zaledwie 45 minut przerwy obiadowej i chciało odprężyć od notorycznego wpatrywania się w monitor komputera czy sterty dokumentów, jednak nie nadawała się wcale na miejsce dłuższej rozmowy, którą od kilkunastu minut toczyli…

— Nie smakuje ci? Kurcze, Aleks, przecież mogłeś powiedzieć – zamówiłabym ci coś innego! — Dorota, piękna Doro… Trzydziestolatka, blond włosy, w nienagannym ubraniu, zielone oczy za przyciemnionymi szkłami okularów.

— Przestań, Doroto. Smakuje wyśmienicie, chociaż na co dzień rzeczywiście takich sałatek nie jadam — uśmiechnął się Aleks.

— A jakie sałatki jadasz na co dzień?

— Żadnych, Doroto, żadnych — uśmiechnął się szeroko, zabierając się za dalsze odkrywanie składników greckiej sałatki.

— Hm, rozumiem cię. A tutaj poza keksami, które są pyszne i tą sałatką a la grecque – wszystko nadaje się do wyrzucenia… No, ale kiedy ktoś nie lubi sałatek… — uśmiechnęła się Dorota. Jeszcze wczoraj gotów był oddać życie za jeden jej uśmiech.

— Najgorsza jest tu pizza… — Aleks postarał się zignorować ten uśmiech.

— Zgadzam się. Nawet nie wiem, gdzie w okolicy można zjeść porządną pizzę… — zamyśliła się Doro. Przyglądał się jej przez chwilę. Zawsze mu się wydawało, że w tej kobiecie jest jakieś drugie, ukryte przed światem i sobą, dno. Wydawało mu się, iż jest naturą głęboką, tragiczną, romantyczną, jednak za każdym razem, gdy próbował odkryć to drugie „ja” — trafiał na płyciznę typowej mieszczki. A może to tylko reakcja obronna przed światem..?

— „San Antonio” – to jedyna knajpa, gdzie serwują porządną włoską pizzę — podpowiedział z uśmiechem. Wyciągnął rękę po swój kufel z piwem. Dorota wybawiona z obowiązku przypominania wszystkich odwiedzonych knajp i restauracji, uśmiechnęła się również:

— No właśnie: „San Antonio”!

W milczeniu sączyli przez chwilę piwo, przyglądając się nawzajem. Zmieniła się – nieubłagany czas nikogo nie oszczędza, szczególnie kobiet. Szczególnie kobiet, przez nas niegdyś adorowanych, bowiem takim przyglądamy się ze szczególną uwagą, szukając na twarzy nowych zmarszczek, mających nas przekonać, iż – co prawda – siedzi oto przed nami żywy dowód na to, że kiedyś nam się nie udało i nie byliśmy w czasach studenckich takimi playboyami, za jakich próbujemy uchodzić w oczach narzeczonych, żon lub koleżanek z pracy, ale jednak i tej sprawczyni naszego sercowego bólu w życiu się nie zawsze powodzi się very well.

— Przeczytałam twoją powieść… — odezwała się Dorota. Rękopis jego „arcydzieła” o nazwie „Masochiści i wiedźmy” opowiadający o śmierci, uczuciach i kolegach od lat krążył pomiędzy przyjaciółmi.

— I..?

— Wiesz… podziwiam ciebie; kiedy myśmy szykowali się do sesji, piliśmy i chodziliśmy do klubów — ty robiłeś to samo, tylko inaczej. Zbierałeś, przetwarzałeś informacje i pisałeś… Pisałeś o tym… Chciało ci się? No cóż, dlatego i pisałeś, bo chciałeś… Pytanie: kiedy? Bo – patrząc z boku — bez przerwy imprezowałeś… Poza tym mogłeś nie wprowadzać mnie na kartki powieści. Przez ciebie nabawię się kompleksów — powiedziała ze śmiechem Doro.

— Żartujesz — roześmiał się również Aleks. — Ta książeczka wcale nie jest o tobie, o mnie czy którymkolwiek z naszych wspólnych znajomych. To raczej próba postawienia kardynalnych pytań, dotyczących naszej egzystencji, Boga, wyboru pomiędzy dobrem i złem… Masz rację pisałem, bo chciałem pisać. Czułem taką potrzebę. Pisałem, żeby nie zwariować w tym wirze imprez, klubów, egzaminów… Tak czy inaczej — bez obawy w żadnej następnej mojej książce nie będziesz figurować, bowiem już nie będzie żadnej następnej książki. To, co chciałem powiedzieć światu — już powiedziałem…

— A mógłbyś napisać coś sympatycznego… Z drugiej strony, co o mnie można napisać? Ja nie wybieram pomiędzy dobrem i złem, ja po prostu biorę… Inaczej można zwariować… Podziwiam cię. Skąd ty masz siły, by zawracać sobie głowę jakimiś pytaniami? To, co wczoraj było złem, dzisiaj jest dobrem i odwrotnie. Koniec końców — cóż za różnica? I tak wszystkich interesują tylko pieniądze… Nawet, jeśli ciebie nie interesują, to jak się ożenisz — żona i dzieci zmuszą cię do zmiany poglądów. Dzieci chcą jeść…

— Wieczna dyskusja bez możliwości znalezienie wspólnego mianownika — uśmiechnął się Aleks. Przyjrzał się resztkom sałatki na swoim talerzu. Mają tu fajowe talerze… — Dobro, zło… Na tamtym świecie dowiemy się, kto z nas ma rację. Mam tylko nadzieję, że Bóg jest nieco sprawiedliwszy od naszego ministra sprawiedliwości. I ma poczucie humoru…

— Ostatnio byłam na spotkaniu z kolegami szkolnymi… Całkiem fajne towarzystwo się zebrało. Valery z Canal+, Janka. Wpadł do nas i Honest – podobno go znasz? — zmieniła temat Dorota.

Aleks tylko wzruszył ramionami.

— Znam… Nie wiedziałem, że był z tobą w jednej klasie…

— Nie był — roześmiała się Dorota. — Ma więcej lat, ale też jest absolwentem mojej szkoły… Rozmawialiśmy o tobie…

— Yhm…

Aleks przez chwilę przyglądał się badawczo dziewczynie, a gdy nie pociągnęła tematu, odezwał się:

— Na dziesięciolecie ukończenia szkoły poszedłem wyłącznie po to, by pokazać wszystkim „kolegom” z klasy gest Kozakiewicza… — powiedział Aleks.

— Gest Kozakiewicza? Co to takiego?

Aleks zademonstrował. Dorota się roześmiała:

— Ten Kozakiewicz chyba bardzo nie lubił waszej klasy…”

(za: zw.lt)

„Cień Słońca. Inne opowiadania” można nabyć w wileńskiej księgarni „Elephas” (ul. Olandu 11), księgarni w Ejszyszkach (ul. Raubiškių 1) oraz w księgarniach internetowych e-ksiegarnia.lt oraz ewka.lt.

Powiązane wpisy

Udostępnij