Piotr Siemion: Czechy, kosiarka i …

Text_2

Przedstawiamy kolejny premierowy  fragment Dziennika Roku Węża Piotra Siemiona, autora słynnych Niskich łąk. Książka ukaże się w maju nakładem Wydawnictwa CZARNE.

 

 

 

 

Dziennik Roku Węża

 

Środa 12 czerwca 2013

 

Czeskie lato, więc zieleń, czerwone dachy, i tylko tu i ówdzie podtopione pola. Sielanka, szyldy zachęcają do konsumpcji piwa. W polach przykucnęły rzędy monstrualnych srebrnych baniaków z toksycznym syfem. Bo wszędzie pośród tej czeskiej sielanki jest przemysł. Czy raczej průmysl. Czechy były najszczęśliwsze wtedy, gdy stały się warsztatem monarchii austro-węgierskiej. Tutaj kuto narzędzia rolnicze i lokomotywy dla Galicji, Transylwanii, Karyntii i Bośni. Tutaj wznoszono fabrykanckie pałace w stylu Art Deco. W dawnej, lecz nadal obecnej epoce, na którą w Czechach mówi się po prostu: za cisaža pana. Splot tych okoliczności (wzgórz, pałaców, dolin z fabrykami i chłopskich upraw na wyżynach) to właśnie Czechy – kraj nowoczesny, ale wycofany do specyficznej, sielskiej niszy. Najlepiej to pokazać na przykładach. Moja taksówka – rozklekotany superb – mija stację benzynową Agip, taką jak w całej Europie, żółtą i z szyldem z ziejącym smokiem. Co mówi smok na afiszu? Natankuj kvalitu i do domu. Zaraz… Wpuszczamy tygrysa do baku tylko po to, by ruszyć pod kołderkę?

Owszem, bo jesteśmy w Czechach. Sam, nadpobudliwy Polak, na widok ziejącego smoka powiem to, co wszyscy normalni ludzie: tankujemy do pełna, i w drogę, heja, next stop Paris. W żadnym razie nie do domu! Ale jestem Polakiem, z kraju, gdzie popularne kreskówki opowiadają o popieprzonych, hiperaktywnych psiurach (Reksio) i misiach z ADHD.  Najpopularniejszą czeską kreskówką są filmy o kreciku – krępym, pracowitym, współczującym, ale najchętniej grzebiącym mała łopatką w swym kopczyku. Kiedy jedziemy przez Vinohrady, miga mi uliczna wystawa fotogramów z historii miasta. Jeden dotyczy sierpnia 1968. Interwencja „bratnich” wojsk, w tym naszych, ciężki komunizm, więzienia i donosy. Ale podtytuł zdjęcia, może i podtytuł tego wszystkiego, naszeptuje, że po interwencji „wrócił spokój”. Spokój jest najważniejszy, i pracowite kopanie prywatnego kopczyka. Nie piszę tego, by wyszydzać Czechów. Muszą być jednak powody, dla których polska i czeska nacja przez tysiąc lat tak skutecznie się od siebie oddalały. Kiedy tu bywam, zaczynam lepiej zrozumieć, skąd przyszedłem. Ja, hiperaktywny polski Reksio-cwaniaczek. Równając Reksia do Krecika, widzę to wszystko wyraźniej, w trójwymiarze.

W sumie: 24 godziny w Pradze, cztery długie jazdy taksówką, dużo jedzenia i intensywnych kłótni z Czechami, Włochami, Holendrami i z Polakami też. W łamanej i pełnej ciężkich akcentów angielszczyźnie. Lubię te scysje. Pomijając argumenty rzeczowe, mój angielski, choć także naznaczony akcentem, jest idealnie gramatyczny i precyzyjny. Bywałem imigrantem w obcych krajach i wiem, co jest największym przekleństwem nas przybyszów, nas-nowych. Mówimy słabo w tutejszych językach, kaleczymy zdania i w ogóle brzmimy osobliwie, więc choćbyśmy wywieźli z ojczyzny doktoraty i długachne życiorysy biznesowe, w nowym miejscu jesteśmy traktowani jak dzieciaki. Biorą nas za pomrukujących sobie coś kretynów, a na pewno już nie za partnerów w rozmowie. Miotła, łopata, tyle języka wystarczy. Tak to jest urządzone i samiśmy też winni, kiedy każemy Amerykanom i Hindusom powtarzać o chrząszczu w Szczebrzeszynie. Taką sobie wypracowałem przewagę: mówię jasno, a oponent plącze się i ściemnia. Może ma dobre argumenty, może nie. Na pewno nie umie ich pokazać. Bęc wuja w czoło. Wygrałem. Kiedyś napiszę książkę-poradnik o kulturowych wymiarach biznesu. O ile dojdę do wniosku, że faktycznie warto. Bo przecież to tylko praca.

Najfajniejszy punkt krajobrazu w Czechach? Stożki wulkaniczne. To nie żart, na zachód od Pragi jest ich kilkanaście. Nie zieją ogniem i nie są wysokie, ale sterczą dziarsko z równiny. Jak nie w Polsce, jak nie w górach. Na Dolnym Śląsku też są ze dwa, ale tutaj widać ich cały wysyp. Jak okiem sięgnąć, stożki, wielokilometrowe wyrobiska po węglu brunatnym, zamki na wzgórzach, winnice, markety Lidla. I mało reklam. Są bilbordy, ale brak w całych Czechach tej co w Polsce, gorączkowej wysypki szyldów i szyldzików na wszystkim i wszędzie. W bezsennej drżączce próbujemy w Polsce sprzedać wszystkim wszystko. Pstrzymy mury jak opętani, podczas gdy Czechom wcale się taka biznesowa febra nie udziela. Chyba mają to w dupie. Lexus i Samsung kazali im wywiesić w Pradze duże reklamy, to je wywiesili, ale sami do niczego zachęcać zbyt energicznie nie będą, bo nie o to chodzi w czeskim ideale życia godziwego. Warto to uszanować.

Z całego wyjazdu najlepiej zapamiętałem księgarnię na warszawskim lotnisku. Wielkie stoły uginające się od tomów. Fantazja, literatura faktu, beletrystyka. Cetnary romansów i kryminałów. Bałem się, że któryś stół potrącony walizką się zachwieje i zasypie mnie lawiną nowości. Zgniecie mnie karton okładek, zadusi pył drukarski. Było tego zwyczajnie za dużo, a kupujących niezbyt wielu. Na plus muszę zapisać, że nikt już nawet nie przerzucał kartek 50 twarzy Grey’a. Już wspominałem, że to taka amerykańska miękka pornografia z elementami sado-maso. Wyjaśniam dla przyszłych pokoleń, które będą się ekscytować czymś innym. Bóg z nimi.

 

Zagubione dni pomiędzy 14 i 18 czerwca, czyli „Sianokosy: Interludium”

Interludium to przerwa między częściami sztuki albo pokazu, przeznaczona na jeszcze lżejsze rozrywki. Tymiż wabiony, zapakowałem w piątek do auta spalinową kosę firmy kawasaki i zapas benzyny. Śmierdzi mi w samochodzie po dziś dzień, nigdy więcej. Albo nauczę się lepiej zakręcać te baniaki. Na fermie bobrów czekało mnie koszenie w tak zwanym dołku — zbyt nierównym, by dało się tam wjechać naszą maszyną na żelaznych kołach. Wysoki chwast głuszył tam posadzone rzędami dębaki. Wyruszyłem na pomoc, nie zważając na upał, a że pakowałem się w pośpiechu, zabrałem od słońca czapkę z daszkiem – tyle, że zimową. Ale nie będę się wracał 100 km z okładem po bejsbolówkę. Udawajmy, że to zima i że zamiast z bruzdy na bruzdę, skaczę z kry na krę. Najsilniejszą stroną pisarza jest w końcu wyobraźnia.

Nawet takie benzynowe sianokosy przywracają duszy kontakt ze słowiańską sielanką. Od słowa sioło, siew, od ziewania, od zioła?  Sedno sielankowego stanu umysłu polega na polegiwaniu pod gruszą na dowolnie wybranym boku. Gdzieś niedaleko ze śpiewem na ustach krzątają się żeńcy z sierpami, wiążą snopki, a my leżymy z uśmiechem. Forma bardziej prymitywna to ta bukoliczna, czyli pasterska: tu nawet o żadnych żniwach nie ma mowy, ot – owce się pasą na dzikiej łące, a my leżymy między nimi bykiem, z kubasem żentycy (jest coś takiego???) w dłoni. Żywot człowieka poczciwego, jednym słowem. Nie ma w tych wizjach konfliktu, przemysłu i innych diablich wynalazków. Wschodnia Europa uwielbia przednowoczesność, dziś ucieleśnianą pod postacią działki za miastem i dymiącego grilla. Zaborcy i inni najeźdźcy okuci w żelazo próbowali przez środek tego wszystkiego przekopać jakieś żeglowne kanały, puścić tory kolejowe, i w ogóle wszystko popsuć. (Pobliską Puszczę Bolimowską pod Skierniewicami, gdzie w 1627 roku ubito ostatniego tura, w wieku XIX prawie że w pień wycięto na podkłady dla Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej.) Ale nasz instynkt dolce far niente co i raz bierze górę nad tymi wysiłkami.

Słońce praży. Stąpam z warczącym kosiskiem po polu, a ponad głową co i raz śmiga mi wielki bocian. I tak przez cały dzień, po ostatnie wyczyszczone z chwastu międzyrzędzie. A następnego dnia znów pole, ale i biesiada w sąsiedztwie. Staw, wedle niego grobla, a popod daszkiem stoły z kiełbasą. We flaszkach bladożółty bimber. Kompletnie nie czuję tych wschodnich klimatów, ja gryzoń ze śródmiejskiego wrocławskiego podwórka, ale skoro już tu jestem, sięgam i ja po kolejne płaty pieczonego boczku. Wiejska chałupina nabyta przez mojego szwagra przechodzi metamorfozę, według Aninego projektu. Zdjęto dachu i więźby, nadbudowano lukarnami, krokiew wędruje dwa metry wyżej. Warczą spalinowe piły. I znów, jak w Georgikach Horacego – jedni się trudzą, drudzy pod ich bokiem ucztują, a później zmiana. Kosmos chaosu i łopianów zmienia się w podstrzyżony ogród. Horacy z Teokrytem nie wspominali jednak nic o komarach. Lato mamy spóźnione, a jego początek mokry. Dlatego komarzydła są teraz wielkości kotów. Głodne naszej krwi, bzyczą wścieklej od spalinowej piły.

Pasożyty i gnój. Wstydliwa strona każdej sielanki. W popularnej rycinie, para rajskich kochanków w ustronnym zakątku ogrójca natyka się na trupią czaszkę, a poręczny napis przypomina im: Et In Arcadia Ego. Nawet tu, w raju znajdziecie mnie: śmierć. Nikt już dzisiaj nie czyta Różewicza, który łacińską sentencją jak wyżej zatytułował swój opis pielgrzymki z PRL-u na Zachód. On, Polak i Żyd, ocalały z wojennej rzezi. On, śmierć ucieleśniona. Zachód żre, tańczy i otwiera przed nim drzwi pięknych muzeów, a Polak-śmierć patrzy na to bez wiary, że cokolwiek z tych cymeliów jest jego. Albo, że kiedykolwiek będzie. Widzę w tym traumę już nie do kwadratu, a do sześcianu: u Różewicza sielanka lepsza niż słowiańska to teraz Zachód, podczas gdy Słowianom dostała się na własność śmierć i komunistyczna industrializacja. Popiół i dym. Ale nikt dziś nie czyta Różewicza, a nasze poczucie gorszości (które trwa) wyrażamy w XXI wieku inaczej.

Co jeszcze znalazłem, chodząc po polu z warczącym kijem marki kawasaki? Mnóstwo much. Skowronki, ale tylko w chwilach, kiedy wyłączałem silnik. Żaby (odskakiwały bez pospiechu). Żeńców widziałem na traktorach, w całej okolicy. Och, to było najciekawsze. Żadnych wideł i snopków. Żniwiarka kosiła trawę, a osobna maszyna chciwie połykała sienny pokos i wiła z niego wielkie bele, obciągnięte białą włókniną. Całe szeregi takich białych bel leżały na polach, jak gigantyczne mrówcze jaja pozostawione na wylęg. Widok był jak z filmu katastroficznego z lat 1970. Inwazja mrówek-gigantów. Jaja, plenienie się monstrualnych pasożytów, inwazja, infekcja, horror. Tak oto mój umysł człowieka przełomu wieków odruchowo interpretuje sielankę — nie jako edeniczny stan docelowy, lecz tylko jako wstęp do kryzysu i katastrofy. Nieuniknionych. I trudno. Tak nas wytresowała Zimna Wojna i nadmierna lektura Różewicza.

Kiedy rolnik Siemion spokojnie kosi swoje łany i podwiązuje młodym drzewkom nóżki, fruną 10 km nad nim samoloty do Moskwy i Tokio, a na stambulskim placu Taxim policja gazuje demonstrantów. Okuta w hełmy policja napierdala pałami w imię konserwatywnego porządku, który jest z założenia sielski i statyczny: jest jeden Bóg (a Mahomet jest jego prorokiem), są zasady, jest ład, każdy ma swoje miejsce, swoją pozycję, swój strój. Kobiety mają siedzieć cicho, mężczyźni w zasadzie także. Natomiast stojące naprzeciwko policji zgraje obdartusów i studentów-nierobów domagają się przede wszystkim prawa do indywidualnych wyborów. Wolność rozumieją jako wolę jednostki. W ich parciu ku nowoczesności także jest jednak pierwiastek sielanki, bo demonstranci z Taxim bronią rachitycznego, ale jednak, Parku Gezi. Władza zamiast parku przyciągającego podejrzany, leniwy element, widziałaby w tym miejscu meczet. Odtąd-dotąd. Z muezinami, zdejmowaniem butów i z osobną sekcją dla niewiast. Świątynię z regulaminem, jak w mini-więzieniu. Dlatego nie będzie porozumienia i ogólnego kochajmy się. Nad Taxim i dzielnicą hoteli już czwarty dzień ściele się łzawiący dym.

Znam Taxim. Tym bardziej mam żal.

Interludium II: „Prawie Grecja”

Po sianokosach niewiele popracowałem, bo 19.6 pojechałem aż za Olsztyn, nad małe śmierdzące jeziorko, na „integrację” połączoną ze szkoleniem. Przybytek miał w szyldzie Spa, Luksus i jeszcze coś tam, udawał grecki motel z kolumnadami wokół niewielkiego basenu, a obok było jeziorko zarośnięte zielonkawą rzęsą. Wiatr przeganiał tę rzesę tam i sam. W przybrzeżnej wodzie butwiały pniaki. Zjechało nas siedemdziesiąt osób. Mieliśmy do dyspozycji grilla, sałatki z gotowej produkcji i alkohol. Hotelowy i z pobliskiej stacji benzynowej. Odbyłem szkolenia z udziałem guru biznesu i żywych węży brazylijskich. Piszę o tym skrótowo, bo nie bawiłem się aż tak świetnie, by brnąć w szczegóły.

Drugiej nocy, dobrze po północy, wywaliłem na szybko trzy lufy czystej. Wzdrygnąłem się, ale nic; nie rozdzwoniły się żadne dzwony. Złudzenie, jednak. Ciekawe, że bełkot przychodzi bardzo szybko. Ten lekki bełkot. Zasypiając, nadsłuchiwałem odgłosów zabawy przy basenie. Tuż przed łóżkiem w moim apartamencie umieszczono wielką wannę z hydromasażem. Nie skorzystałem, ani sam, ani z kolegą. W ogóle, byłem cały czas na „nie” – nie na tyle jednak, by wzuć adiki i biegać albo wypożyczyć rower na przejażdżkę. Czułem się zmęczony, i wcześniejszymi wydarzeniami, i cała imprezą. Słońce pięknie prażyło. Najwyraźniej zapamiętałem idealnie gładką ton basenu nocą. Kalifornijski obrazek, w tę pogodę zwłaszcza, w krótką świętojańską noc. Wspomnienia chlapnięcia z obrazu „A Bigger Splash” Hockneya, wspomnienie motelu z 49 idzie pod młotek Pynchona i mojego basenu z pierwszego rozdziału Niskich Łąk. Przy okazji myśl, że od mojego powieściowego debiutu minęło 13 lat. I co? Minęło, to minęło. To były dla mnie bardzo ważne lata, obfite w ważkie zdarzenia życiowe, a że nie napisałem przez ten czas niczego wiekopomnego, to i trudno.

Skąd taka łatwość rezygnacji z siebie? U Kapleau w Trzech filarach Zen znalazłem te oto słowa mniszki: Kiedy byłam młoda, pragnęłam wyjechać na zachód, do stolicy. Ale teraz wiem, że stolica w istocie jest wszędzie. Kluczowe słowa to „w istocie”. Bez uchwycenia, bez zakotwiczenia w sobie tej istoty, tęskniłbym za rozmaitościami i gwarem, za stołecznością życia. Pisałbym, bo przecież spełnienie, uznanie, klubowe karty wstępu do ustępu. Ale nie jest przypadkiem, że od sześciu lat nie wybrałem się do Nowego Jorku. Już tam się dosyć nabyłem i nie pragnę powrócić. Nie czeka tam dla mnie nic, czego bym nie miał tutaj. Kilka razy w NYC miałem okazję wyciągnąć się nad basenem na dachu drapacza chmur. To estetycznie piękne i dziwne doznanie – sama myśl o ulicy kilkadziesiąt pięter w dole, widok jeszcze wyższych wież dookoła, pewnie też z basenami… Ale basen, to basen. Kiedy byłem bardzo mały, drepcząc z mamą do tramwaju mijałem betonową nieckę sadzawki p-poż przy kościele na pl. Dzierżyńskiego. Glony, żaby, żużel. Furtka na kłódkę, i całe szczęście, bo do tej brei ciągnęło mnie sto razy bardziej niż później do szmaragdowych basenów na dachach. Pragnienie jest ślepe, a w dzieciństwie pragniemy najmocniej, bo sami jesteśmy jeszcze pół-ślepi. Tu, na Mazurach, zrobiłem parę rundek, żabką i na grzbiecie, po czym bez żalu wygramoliłem się z wody, szukać ręcznika. Ot, basen.

W drodze powrotnej (21.6) w gęstej ulewie i burzy jechaliśmy przez Mławę. Co to właściwie znaczy „mława”? Jako przymiotnik? Byle jaka? Wypełzła? Płonna? Jestem pewien, że słowo to nie oznacza niczego pozytywnego. Płaska nazwa, Mława. Krok dalej jest Iława, i ta z kolei nazwa, gdy ją wymówić, wyczarowuje całe światy (choć zapewne oznacza zwykłe mułowisko pełne iłu). Jeziora, gąszcze, pruskie mury. Jedna, pojedyncza zgłoska potrafi zmienić nudę w przygodę. A może tylko tak mi się wydaje, bo tak zaprogramowała mnie kultura? Za Mławą był Płońsk. Od słowa „płonny”, „jałowy”. Ech, ciekawa ziemia, to Mazowsze. Mocno wyeksploatowana, najwyraźniej. Zmęczona już u zarania dziejów, kiedy miejscom nadawano nazwy. „Mazowsze”, od rzeczownika „maź”. Ale i tak nic nie dogoni w tym rozpadzie Chin, gdzie każda garstka ziemi była sto razy przegarniana, przeżuta, wypluwana. Zużyty kontynent. A u nas przynajmniej łąki są zielone, nie żółte.

Piotr Siemion

Piotr Siemion (1961 ) prozaik, tłumacz, z zawodu prawnik. Felietonista pisma brulion i tygodnika Ozon, tłumacz literatury amerykańskiej (m.in. powieści Thomasa Pynchona „49 idzie pod młotek” (1990, nagroda „Literatury na Świecie”), „Sumy wszystkich strachów” Clancy’ego, „Grendela” Gardnera). Ukończył . anglistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Do roku 2000 przebywał za granicą (USA i Kanada). Absolwent wydziału prawa Uniwersytetu Columbia. W latach 1997-2003 prawnik w kancelarii Weil, Gotshal & Manges w Nowym Jorku i Warszawie. Od 2006 roku do 2008 roku menedżer w jednej z największych polskich grup przemysłowych. Autor powieści „Niskie łąki” (2000) i „Finimondo” (2004).

Powiązane wpisy

Udostępnij