„Bizary” Ewy Szumańskiej – fragment

Ewa Szumańska – autorka legendarnych słuchowisk radiowych, w tym najsłynniejszego Z pamiętnika młodej lekarki, była także pisarką i podróżniczką. Jako pasażerka statków handlowych już na początku lat 60. znakomicie poznała Afrykę, kilka razy podróżowała do Azji, obu Ameryk i wielu miejsc w Europie. Pozbawiona w latach 80. możliwości wyjeżdżania z kraju, powraca do swoich prowadzonych przez lata notatek z podróży, z których układa książkę o tym, co w świecie wydało jej się niezrozumiałe, śmieszne, niekiedy przerażające. Bizary to spolszczona wersja francuskiego słowa bizarre, znaczącego tyle, co dziwny i groteskowy, a zarazem tytuł znakomitej książki o pojmowaniu władzy, miłości, języku, relacjach międzyludzkich i zadomowieniu w świecie. Książka ukaże się 30 września nakładem Wrocławskiego Wydawnictwa Warstwy. Fragment publikujemy dzięki uprzejmości wydawcy.

EWA SZUMAŃSKA – Bizary

Jest luty 1982. Ta data oznacza, że jest to świat inny niż poprzedni, inny niż wszystko, co znałam dotychczas. Granica absurdu. Ten absurd najbardziej odczuwalny w słoneczny dzień bez wiatru, kiedy ludzie chodzą normalnie po ulicach. Co chwila stuk cięższych niż inne butów, przechodnie patrzą przed siebie, potem oglądają się i towarzyszą im spojrzeniem, też ciężkim. Zamykają się okna, ktoś wychodzi na balkon i cofa się. Głowy stojących w kolejkach nachylają się do siebie, szept (a może mi się wydaje) – potem znów wszyscy nieruchomieją.

Idę taką ulicą, wracam do domu, zamykam za sobą drzwi. I nie wiem, jak sobie radzić, zapomniałam się poruszać, zapomniałam, gdzie leżą potrzebne mi przedmioty, do czego służą stojące na półkach książki – a tak zawsze brakowało czasu, żeby je przeczytać – zapomniałam normalnie myśleć. Nie ma nic wspólnego z myśleniem, dopadnięcie byle jakiego fotela i znieruchomienie na nim w byle jakiej pozycji, z oczami utkwionymi w przeciwległej ścianie, z kilkoma zdaniami kręcącymi się w mózgu jak wiatrak, jak wciąż ten sam, uparty refren. Poczucie absurdu rośnie. W jakimś momencie kontury zaczynają się rozmazywać, nie wiadomo kiedy zapadł zmrok, dzień jest jeszcze krótki. Przychodzi wieczór. Sygnał telewizyjnego dziennika zza ściany. Przyciskam guzik – jeszcze koniec melodyjki i mapka na ekranie. Pokusa, żeby zabić obrazem kawałek otwierającego się przede mną czasu i lęk, że powieje grozą albo tylko znuży, zadepcze. Zamykam telewizor, wystarczył mi sygnał. Coś normalnieje w pokoju.

Wieczorami zwykle robiłam plany kolejnej podróży. Nic się nie zmieniło na mapie, ale miejsca tak kiedyś bliskie (patrzyło się w jakiś punkt, czytało nazwę – Riobamba – będę tam!) – oddaliły się niewiarygodnie, zaryglowały, uniemożliwiły. Otwieram więc szafę z notatkami ze wszystkich moich podróży. Grube księgi, opasłe bruliony z setkami gorących zapisków, czasem rozmazanych bryzgami wody, jeżeli pisało się na pokładzie, z luźnymi kartkami bazgranymi w autobusach, na ulicy, po jakiejś ważnej rozmowie – w wiecznym pragnieniu, żeby złapać, utrwalić, bo ucieknie, bo wspomnienie bez zapachu, barwy i słów z „wtedy” będzie już nieważne i martwe. Leży w tej szafie mój świat sprzed roku, sprzed dwóch, trzech, dziesięciu, piętnastu lat. Może przeżyć to jeszcze raz i tą drogą spróbować jedynej dostępnej mi ucieczki?

Kwiecień 1982. Przeczytałam wszystko. Nocami, pełnymi złych, obcych odgłosów i w ciągu zabieganych dni, z jedną ukradzioną godziną. Znalazłam tam jednak coś innego, niż chciałam. Zauważyłam, że ten znajomy, przeżyty świat ułożył mi się nagle w kształt absurdu. Dopóki jego ciemne sprawy były oblepione innymi, normalnymi wspomnieniami – zachodami słońca, pięknem fragmentu architektury, smakiem świeżo odkrytej przyjaźni – świat ten posiadał harmonię. Teraz tamto wyodrębniło się, wysunęło na pierwszy plan, uformowało w jeden ciąg.

Przyszło mi więc do głowy, aby z moich podróży wykroić wszystko to, co Francuzi określają mianem bizarre (a jest w tym nieprzetłumaczalnym słowie i groza, i dziwaczność, i okrucieństwo, i groteska), aby pozbierać te wszystkie mgnienia, kiedy świat ukazywał mi swoją niezborność, pogmatwanie, horror, drwinę, obcość, wydziwaczenie, koślawość. Byłaby to summa podróży pod kątem absurdu, może tak łatwiej wytłumaczę sobie czas, który mnie otacza. Nie mam i tak o co zaczepić rąk, czas pisania nigdy nie jest stracony, a jeżeli nawet go tracić, to tak, żeby się zatracić, umknąć. Spróbuję to napisać. Chociaż nie wiem, co wyjdzie i czy nie rzucę tego w połowie, tak jak rzucam wszystko od paru miesięcy – nieprzekonana, niegodząca się, zdumiona.

[…]

Aden

…w nocy reda. O świcie wpływamy do portu. Piekielnie widowiskowe to wszystko od strony morza. Efekt mroczny, dramatyczny, szekspirowski. Miasto wspina się na góry ogromne, ciemne, o poszarpanych konturach. Na jednej z nich podobno Kain zabił Abla, chyba wybrał sobie właściwe miejsce.

Przed wyjściem uprzedzają – godzina policyjna o zmroku, chodzić tylko po głównych ulicach, lepiej nie zagłębiać się w zaułki. Co dzień jest kilka wypadków od rzucanych granatów. Te granaty szmuglowane na statkach – jest tu wielki przemyt broni – albo robione domowym sposobem, bardzo niebezpieczne. Tuż za bramą portową gęsty tłum handlarzy. Szaleństwo sklepów elektronicznych, radiowych i fotograficznych. Wszystkie firmy świata – amerykańskie, niemieckie, głównie japońskie. Wielkie magazyny, małe kantorki i przenośne kramy uliczne. Aden to port wolnocłowy, podobno wśród wolnocłowych najtańszy, mekka marynarskich biznesów. Kupcy mówią wszystkimi językami świata, opanowali po kilkanaście zdań potrzebnych do transakcji, bezbłędnie rozpoznają z daleka narodowość klienta, zagadują go w mowie ojczystej, wściekli, jeżeli im nie wyszło i popełnili omyłkę. Koło mnie i chiefa robi się natychmiast enklawa mowy polsko-rosyjskiej, padają znajome wykrzykniki i przekleństwa. To już nie handel tylko teatr, wielkie widowisko w wykonaniu szarżujących aktorów. Szarpią za ubranie, zagradzają drogę, klękają, wznoszą ręce do góry, zawodzą, zaklinają się na ojców, błagają, żeby nie wytaczać krwi z ich dzieci, targują się spazmatycznie, ze szlochem narastającym w gardle, zjeżdżają w ciągu paru minut z zawrotnej sumy wywoławczej do jednej dziesiątej jej wartości, biją się w piersi, w teatralnej rozpaczy walą głowami o ladę, krzyczą, że taka cena zniszczy ich i unicestwi – dobiwszy targu obojętnieją na sekundę, chowają pieniądze i znów, jak sępy, rzucają się na kolejnego klienta, żeby go osaczyć, zakrzyczeć i stłamsić.

Wchodzimy do sklepu Sanyo. W sekundzie dopada nas chyba ze dwudziestu sprzedawców, wtykają nam miniaturowe odbiorniki do rąk, wpychają do toreb, prawie stawiają na głowie. Każdy, nastawiony na pełny regulator, gra inną melodię, głupiejemy od tego wrzasku, oprócz radia drą się sprzedawcy, wyszarpują sobie aparaty, podają nad głowami baterie, głośniki, otaczają nas takim wiatrakiem gestów, nagabywań i błagań, że wydaje mi się niemożliwością wyjść stąd bez kupienia czegokolwiek, mam poczucie dłużnika, najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Uciekamy jakoś, wpadamy w królestwo tekstyliów, dżinsów, sweterków i skarpet – tu wszystko już nam chcą przymierzać, przetaczają nas sobie z rąk do rąk. Chronimy się w niewielkim sklepiku. Tu jest tylko dwunastoletni chyba chłopczyk – cudowny, ogromne, czarne oczy, kędziory jak u cherubina – on sam obsługuje cały interes. Wyczuł nas od razu, zalewa polsko-rosyjską mieszaniną słów, wtyka chiefowi elektryczną maszynkę do golenia i zmusza do skontrolowania jak działa. – Sprawdzajesz, sprawdzajesz! – woła. – Pójdziesz na parochod i powiesz: mały oszust, mały niechoroszyj – sprawdzajesz! Maszynka akurat nie kontaktuje i co chwila przerywa. Mały omal nie płacze na myśl, że będzie musiał oddać pieniądze. – A to kurwa! – mówi w końcu i robi gest jakby chciał nią rzucić o ziemię. Bestia, tak umie wygrać swój dziecięcy wdzięk, że chief łamie się i za ćwierć ceny bierze niesprawną maszynkę. Dopadamy małego barku z coca-colą. I tu wdzierają się sprzedawcy, kładą nam swoje towary na kolanach, handel odbywa się dalej przy stolikach, w drzwiach atletyczny wykidajło z „narkozą” – grubą, drewnianą maczugą na ewentualnych rozrabiaczy. Pijemy tę colę i wcale nie gasi pragnienia, trzeba by wypić wiadro. Jestem brudna i spocona od tych wszystkich dotknięć, szarpania, przeciskania się i przymusowego macania różnych przedmiotów, ręce mam czarne, jakbym nimi orała w ziemi. Siedzimy z oczami wbitymi w stolik, bo jak tylko zwrócimy wzrok w jakimś kierunku, już wyciąga się stamtąd ręka z zegarkiem, z tranzystorem, ze sznurkiem pereł albo ze spódnicą.

A przed barem i na przeciwległym rogu, i na następnym skrzyżowaniu – angielscy żołnierze, z gotowymi do strzału automatami, takimi z tłumikiem, których strzałów nie słychać. Słychać tylko granaty, chyba jeden rozerwał się niedaleko, bo paru ludzi zajrzało ciekawie w przecznicę – a może to tylko pękła opona. Żołnierze stoją po dwóch, żeby się w razie czego bronić nawzajem, a patrole tak rozstawione, że jeden ma zawsze w zasięgu wzroku następny. Ulicą przejeżdża raz po raz uzbrojony wóz policyjny. Anglicy są już na wylocie. Chcą się utrzymać do 1968 roku, bo do tej pory będą jeszcze eksploatować starą rafinerię i stację bunkrową. Nie konserwuje się ich już od lat i idą na ostatnich obrotach. Kiedy odejdą, rafineria się rozsypie, statki będą bunkrować w Dżibuti, sklepy opustoszeją, zginie wielki biznes i prosperity, handlowy Aden powoli umrze. Więc teraz żyje tak, jakby przeczuwał własną śmierć. Roi się niecierpliwie, gestykuluje, szaleje – jeszcze zahandlować, jeszcze sprzedać, zanim to wszystko zesztywnieje i zastygnie, zanim lady magazynów i kramów pokryją się grubym kurzem, zanim skończy się koniunktura, a zacznie niepodległość. I tak miasto mrowi się, dyszy i spieszy, pod wypiętrzonym szczytem, na którym Zły Brat zabił kiedyś Dobrego Brata, w białym upale, w wybuchach granatów…

(Był to rok 1966. Wkrótce potem Aden zniknął i narodził się Jemen).

[…]

*

A tak naprawdę to najdziwniejsze z nich wszystkich wydaje mi się teraz miasto, w którym mieszkam od trzydziestu lat. Miasto dobrej nauki, przeflancowanej z kresów – i przedziwnej zbieraniny ludzkiej, spędzonej ze wszystkich stron kraju. Przepięknych, choć nieco obcych zabytków i ohydnej architektury współczesnej, miasto-stodoła, miasto niewykorzystanej szansy. Brudnawe, niezintegrowane i niezborne, a przecież nacechowane jakimś zadziornym patriotyzmem lokalnym. Miasto dobrych malarzy i koszmarnych wystaw sklepowych, zawadiackie, a jednak spokojne, ze zwolnionym tempem, zwłaszcza wieczorem podobne do ogromnej, ciemnej prowincji. Znęcały się nad nim przez całe dziesięciolecia nieudolne ekipy administracyjne – wysadzając w powietrze historyczne budowle, zamykając kina i wydawnictwa, zatruwając wodę i malując wciąż na nowo tandetnymi tynkami fasady, za którymi rozpadały się podwórka. Pompowała je latami bezlitośnie stolica i inne czcigodniejsze miejskie organizmy, wyrywając z niego ludzi, instytucje, pomysły i inicjatywy. To miasto każdej wiosny witało nas szalonym kwitnieniem nie przez nas posadzonych krzewów i wspaniałych, starych drzew, a wśród forsycji i magnolii polegiwali rankiem pijacy, wymijani obojętnie i bez zdziwienia. Ileż razy coś się tu zaczynało, coś elektryzowało wszystkich, a potem zdychało, przywalone niemożnością. Wydawało się, że miasto już się nie pozbiera, że rozbiło się na dziesiątki obcych sobie, izolowanych wysepek, że wypuszczono z niego powietrze.

A jednak, wbrew wszystkiemu i wszystkim – pozbierało się. Pod przykrywką odpadających tynków, rozbebeszonych bruków, wyszczerbionych neonów, grzybów zjadających ściany, dogorywającej kanalizacji i wymarłych, wieczornych ulic – żyje i tętni mocnym, podskórnym rytmem. Na nowo zaprzyjaźniło się ze sobą i poczuło wspólnotę swojego losu. Przypomina mi człowieka w zniszczonej odzieży, o zmęczonej chociaż młodej twarzy, który idzie przed siebie zdecydowanie, ze zmarszczonymi brwiami i wyrazem zaciętości w twarzy. To miasto, znane na pamięć od trzydziestu lat, zdumiewa mnie co miesiąc, co tydzień, co dzień – i coraz mocniej wiąże mnie ze sobą.

EWA SZUMAŃSKA
Ewa Szumańska-Szmorlińska (ur. 20 maja 1921 w Warszawie, zm. 17 maja 2011 we Wrocławiu)
Będąc studentką podziemnego PIST-u, w czasie II wojny światowej, została zaprzysiężona jako żołnierz Armii Krajowej. Podpseudonimem „Wanda II” służyła w grupie nr 6 kontrwywiadu Okręgu Warszawskiego przy Komendzie Głównej ZWZ AK, która zajmowała się rozpracowywaniem osób podejrzanych i ostrzeganiem sprzyjających podziemiu osób trzecich przed donosami. Uczestniczyła w powstaniu warszawskim. Była następnie jeńcem stalagu IV-B/H Zeithain. Po wojnie studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie Łódzkim.Była współautorką programu „Studio 202” w Polskim Radio Wrocław, wieloletnim współtwórcą Programu III Polskiego Radia, znana m.in. z popularnej serii skeczy „Z pamiętnika młodej lekarki”. Do października 2010 była także felietonistka „Tygodnika Powszechnego”. Po wprowadzeniu stanu wojennego została zmuszona do odejścia z Polskiego Radia. Zmarła 17 maja 2011 roku. Została pochowana na cmentarzu Świętego Ducha przy ul. Bardzkiej. Niezwykła historia życia Ewy Szumańskiej została zebranaprzez Ośrodek Pamięć i Przyszłość w wirtualną wystawę.