Kępiński rozmawia z Kunciusem

Text_2

Piotr Kępiński rozmawia z Herkusem Kunciusem, litewskim pisarzem, autorem przełożonego na polski „Litwina w Wilnie” 

W Wilnie w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat zmieniło się nastawienie do języka polskiego. I to jest kwestia namacalna. Wielokrotnie zdarzało mi się widzieć Litwinów źle reagujących na mowę polską, chociaż akurat z nimi chciałem porozumiewać po angielsku.
Jeżeli mass media przez ponad dwa lata przedstawiają taki a nie inny obraz Polski i Polaków, to musi tak być. Ale też nie wierzę, że na przykład kobietę siedzącą przy kasie od ósmej do ósmej obchodzą kwestie narodowościowe. To raczej zwyczajna ludzka bezradność, arogancja, czy też brak wychowania, albo może raczej zmęczenie.
Inna sprawa, że ja też w Polsce nie czuję się tak komfortowo jak to było dziesięć, czy piętnaście lat temu. Aczkolwiek nigdy nie miałem żadnych problemów. Czuję jednak gęstą atmosferę. Bo przecież i w Polsce ukazują się niemerytoryczne czy wręcz demagogiczne artykuły, które w ludziach wzbudzają niechęć do Litwinów. Tkwimy w przeszłości, ale jak my możemy być w XXI wieku, skoro podróż pociągiem z Wilna do Warszawy trwa ciągle ponad dwanaście godzin? Powinniśmy zacząć od prostych rozmów o komunikacji. Od tych spraw bardzo dużo zależy.
Polacy jednak do Wilna masowo przyjeżdżają. chociaż oni faktycznie nie są zainteresowani teraźniejszością Wilna i Litwy. Te wycieczki zaczynają się i kończą w stolicy, niewielu Polaków zainteresowanych jest Litwą jako całością.
I dobrze, niech tak będzie. Chciałbym, żeby tak samo wielu Litwinów jeździło do Warszawy, chociaż to nie jest dla nas żadne nostalgiczne miejsce. Uważam, że żeby zacząć i skończyć jednocześnie tę dyskusję, żeby zobaczyć i poznać wszystko, trzeba by było najpierw poznać nasze kultury, a potem uczciwie rozpoznać historię. To dlatego myślę, że dobrym pomysłem byłoby organizowanie Litwinom wycieczek do Auschwitz, żeby pokazać im jak naprawdę wyglądała historia. Bo prawdziwa świadomość historyczna na Litwie prawie w ogóle nie istnieje. Tutaj traci się czas na sprawy mało istotne. Podczas kiedy sprawy najważniejsze leżą ciągle odłogiem.

Litwini, postrzegają się ciągle, tylko i jedynie jako ofiarę II wojny światowej? Dokładnie, tak samo jak Polacy, zresztą.
Mówię oczywiście tylko w swoim własnym imieniu. Nie mogę być trybunem narodowym. Niemniej jednak mam wrażenie, że istnieje na Litwie coś w rodzaju historycznej amnezji – lepiej nie wspominać, lepiej zapomnieć, lepiej ran nie rozdrapywać. Co było za Hitlera – to zostawmy w spokoju. Chociaż ostatnio pojawiły się symptomy przełamywania tej tendencji. Z drugiej strony na Litwie nie mówi się też za dużo o czasach sowieckich.

Dlaczego?
Znowu: klasyczne, psychologiczne wyparcie. Historycy coś tam mówią, piszą, ale nie za dużo. O uzyskaniu niepodległości znajdziemy wiele opracowań. Podobnie o represjach stalinowskich. O tym się pisze. Ale niewiele jest opracowań i dyskusji o działaniu systemu na przestrzeni lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych poprzedniego wieku. Powód jest prosty. Zbyt wielu ludzi związanych z minionym systemem pojawiło się na nowej scenie politycznej. A im nie zależało na powrocie do niewygodnej przeszłości.

Na Litwie nie ma też nostalgii posowieckiej. Trudno ją zauważyć we współczesnej literaturze…
Tak, tak, ale jest cała masa wspomnień przeróżnej maści działaczy politycznych, w których znajdziemy tę tęsknotę. I ja sobie myślę, że za kilkadziesiąt lat, jak ktoś je weźmie do ręki, będzie z nich czerpał wiedzę o naszej przeszłości. To trochę smutne.

To ważne, ale chyba istotniejsze jest, że w litewskiej literaturze tworzonej dzisiaj nie istnieje też przeszłość polska, niemiecka. Nie byłoby to atrakcyjne?
A wiesz dlaczego takich książek, prawie, nie ma? Bo to jest cholernie ciężka praca. Żeby ciekawie i kompetentnie taką książkę napisać trzeba się nieźle naharować, chodzić do bibliotek, zbierać fiszki, naprawdę poznać historię. A to nie jest łatwe. Łatwiej usiąść przy biurku i wysmażyć pamflet.

Rozmawiamy teraz w Zaułku Literackim, jak wyjrzymy przez okno, zobaczymy tablicę poświęconą Słowackiemu, a z drugiej strony, jest dom w którym po wojnie mieszkał słynny litewski historyk sztuki Vladas Drema. W tym samym mieszkaniu przed wojną mieszkał Czesław Miłosz, który kiedy przyjechał do Wilna, już po Noblu, odwiedził Dremę i zobaczył, że on mieszka w jego byłej kwaterze. Wilno jest kopalnią świetnych tematów, które domagają się popularnej literatury. To miasto aż prosi się o świetny kryminał w stylu Marka Krajewskiego. Niewykluczone, że po opublikowaniu takiej książki Polacy zobaczyliby w tym miejscu nie tylko naszą romantyczną spuściznę, nie tylko byłe święte miejsce, ale miejsce żywe.
Znam mieszkanie doskonale, bo jako student historii sztuki, chodziłem do mieszkania Dremy… Zawsze myślałem, że chciałbym przeczytać książkę o współczesnym Wilnie, napisaną z punktu widzenia taksówkarza, który przyjechał tutaj po wojnie, dajmy na to z Niemenczyna. Jak on czuje się teraz w Wilnie? Bo tutaj każdy czuje się inaczej. Litwin jest dzisiaj u siebie, to jasne, ale co myśli ten polski taksówkarz, których tutaj są przecież setki? W jakim języku on mówi? W jakim języku myśli? Przypomina mi się taka historia z lat studenckich. Miałem na uczelni wielu przyjaciół – Polaków, i jeden z nich opowiadał mi, że w szkole podstawowej, na lekcjach, wszyscy oni mówili po polsku, ale już na przerwach przechodzili swobodnie na „swój”, albo inaczej „tutejszy”. Tam było im łatwiej.

Ty jak się nauczyłeś polskiego?
W czasach sowieckich mieszkałem w Kownie i tam nadajniki łapały polską telewizję. W ten sposób, taką metodą chałupniczą, uczyłem się polskiego. Co ciekawe, część inteligencji kowieńskiej, która przyjeżdżała w latach czterdziestych XX wieku i później do Wilna, rozmawiała po polsku. Więcej, oni do dzisiaj znają polski. I ciągle są sympatykami Polski.

To już powoli przeszłość, bo dla młodego pokolenia językowym punktem odniesienia staje się angielski i niemiecki…
Nawet nie wiem, ilu tych młodych Litwinów tutaj pozostało.

Więcej niż pół miliona wyjechało do Wielkiej Brytanii i Irlandii, a teraz podobno modnym kierunkiem stała się Norwegia. Ci ludzie niekoniecznie w sporach polsko-litewskich używaliby argumentów historycznych, bo to nie jest dla nich istotne.
Oni mogliby więc czytać te nasze wyimaginowane popularne książki o przeszłości Wilna. Tylko trzeba je w końcu napisać.
(fragmenty rozmowy, która ukazała się pierwotnie w Nowej Europie Wschodniej)

Powiązane wpisy

Udostępnij